Pulp Stories!
A Magazine full of Mystery, Suspense, Horror and Adventure!
"Sky Avengers and Mysteryof Ngorongoro!"
Witajcie w Sun City i Serenity Valley!
Jest rok 1922. Większość mieszkańców USA i całego świata może wam pozazdrościć. Spokojna, zalesiona dolina, poprzecinana strumykami, żwirowanymi drużkami, które prowadzą do urokliwych bungalowów, gdzie bogata śmietanka towarzyska spędza wolny czas na piknikach, koktajlach i przyjęciach wieczorowych.
Samo miasto jest oknem na świat. To port, którego tradycje sięgają czasów Ojców Założyciele, a piraci podczas Rewolucji nękali flotę Anglików. Później jego ekonomia opierała się a połowach ryb oraz przemyśle stoczniowym, który na szczęście nie osłabł i pozwalał mieszkańcom miasta cieszyć się spokojnym, dostatnim życiem.
Sun City znajduje się w stanie Rhode Island, liczy sobie około 750 000 mieszkańców, pełne jest starych kolonialnych posiadłości, budynków w starym, ozdobnym stylu, którego kontrastują z nowymi wieżowcami zbudowanymi wedle reguł art deco. Ulice pełne są sprzedawców i ludzi śpieszących do pracy, w oficynach i na parterach budynków w centrum mieszczą się kafejki, księgarnie, sklepy spożywcze i wszystkie przybytki, jakich potrzebuje uczciwy obywatel. Miasto słynie z dwóch kościołów: St. Patrick's Irish Memorial Cathedra, katedry rzymsko-katolickiej oraz St. Martin in te Fileds Academy, protestanckie zboru szkoły i ośrodka kulturalnego w jednym. W nim mieści się również siedziba słynnego chóru chłopięcego. Spora część mieszkańców miasta znajduje zatrudnienie w stoczni, porcie i zakładach je otaczających. Kwitnie handel, usługi bankowe. Dworzec Great Central, monumentalne gmaszysko, obsługuje trasy z Pensylwanii, New Jersey i Nowego Jorku, biegnące do Maine, Vermont i Massachusetts. Pod miastem powstało Stephen Hopkins Air Field, lotnisko przystosowane do odbierania paczek, przesyłek, a nawet pasażerów.
Choć rajcy miejscy opisują miasto jako grzeczne, pełne bon ton, spokojne i pozbawione plag, jakie nękają inne metropolie, to bardziej są to ich życzenia, jak prawda. Gangi Włochów i Irlandczyków szmuglują alkohol do setek "wodopojów", królowe nocy spacerują leniwie zadrzewionymi alejkami, czekając na księcia z bajki, w zaułkach załatwia się ciemne interesy, dokonuje przestępstw i ucieka przed oczyma stróżów prawa. Nielegalne gale boksu, przemyt alkoholu, hazard, opisują nocne życie Sun City. Tutaj panuje korupcja, prawo dżungli i ulice pozostają w jego władaniu aż do nadejścia świtu, kiedy jej stworzenia kryją się w swoich norach, ustępując miejsca prawowitym, bogobojnym obywatelom.
Jedni i drudzy zaglądają co weekend do licznych kin (zarówno pod gołym niebem, jak i w budynkach), bogatsi chadzają na przedstawienia w teatrze i operze. Młodzież, spragniona tańców i swobodniejszej rozrywki, odwiedzają kluby jazzowe, sale potańcówkowe i biorą udział w ich konkursach oraz maratonach. Popularnymi rozrywkami są sport, wycieczki w dolinę, rejsy po jeziorach.
Sun City i Serenity Valley jeszcze się bawią na maratonach tańca, paradach, konkursach pływackich iw klubach jazzowych, wirująć w tańcu, który stanowi celebrację po zakończeniu Wielkiej wojny. Nastał przyjemny letni dzień, ludzie wierzą że nastała era spokoju i dostatku. Czasem jednak rozglądają się dookoła i czekają na bohatera, który wybawi ich od kłopotów lub zadziwi swoimi przygodami. Czekają na Was!
_________________ "When in doubt, always have to men with guns burst in."
Ralph Victor Malavialle
Poranek był słoneczny i rześki. wypiwszy kubek mocnej kawy, a do niego szklankę świeżego soku pomarańczowego, wskoczyłeś na motor i pomknąłeś ulicami miasta w kierunku lotniska. Choć dziś nie miałeś zaplanowanego żadnego lotu z przesyłkami, to chciałeś sprawdzić jak się miewa naprawa silnik Spada, który został sprowadzony jako atrakcja i zalążek powstającego cyrku powietrznego. Jechałeś mijając sznur samochodów, furgonetki dostawcze, ludzi w paltach śpieszących do pracy, od dziewiątej do piątej zakutych w kierat etatu. Na lotnisku przywitał cie Waldo Szpicky, mechanik, również pilot i weteran wojny. W przeciwieństwie do ciebie, walczył w okopach, z zazdrością spoglądając na asy przestworzy, zazdroszcząc im i podziwiając umiejętności. Waldo ma dryg do maszyn i potrafi naprawić bądź zrekonstruować każdą maszynę, jaka wpadnie mu w ręce. Wspólnie pogłowiliście się nad awarią silnika i około południa wasze wysiłki zostały nagrodzone, gdy usłyszeliście znajomy, radosny terkot silnika. Waldo pokiwał głową, a potem rzucił:
- Będzie dobrze. Tydzień majstrowania i będzie fruwał jak pszczółka!
Pogwarzyliście jeszcze przez kilka minut, a potem uderzyliście w miasto na kanapkę z wołowiną i piwko. Potem wróciliście na lotnisko, zrobiłeś kilka rundek swoim aeroplanem i wróciłeś do siebie. Ot, kolejny ciężki dzień w życiu pilota. Postanowiłeś go sobie zrekompensować wieczorną wyprawą do miejscowego Cotton Club. Wyszedłeś z podziemnego garażu i już miałeś wsiąść do windy, kiedy zza siebie usłyszałeś głos odźwiernego:
-Panie, Malavialle! Proszę pana!! Zatrzymałeś się i obejrzałeś. Starszy mężczyzna w ciemnoniebieskiej liberii z czerwonym obramowaniem, w czapeczce i wypolerowanych butach podbiegł do ciebie, stukając obcasami na marmurowej posadzce. Panie Malavialle, była tutaj wytworna młoda dama, zostawiła list do pana!
Wziąłeś kopertę z papieru czerpanego do ręki i wjechałeś na swoje piętro. Wróciwszy do domu strzeliłeś sobie drinka, opadłeś na kanapę i otworzyłeś kopertę. Jej zawartość sprawiła, że podskoczyłeś jak oparzony.
"Ralph, wiem że dawno się nie odzywałam, ale nie było mnie w mieście. Mam kłopoty, tylko ty możesz mi pomóc. Spotkajmy się o 9 wieczorem w Nighthawk's.
Roberta"
Roberta Robinson nigdy nie należała do grona twoich wielbicielek, ale darzysz ja ogromną sympatią. Gruntownie wykształcona, piekielnie inteligentna, uzdolniona i przebojowa kobieta, o ogromnym talencie do fotografii i muzyki, zawsze cię fascynowała i szybko się zaprzyjaźniliście.
_________________ "When in doubt, always have to men with guns burst in."
Tylko ja mogę jej pomóc? TYLKO ja mogę jej pomóc? Miliardy ludzi po świecie chodzą, ale nie... tylko ja... Mam nadzieje, że chodzi jej o uzyskanie licencji pilota, bo mam zdecydowanie zbyt dobry dzień na pakowanie się w kłopoty. Choć z drugiej strony... ostatnie dni były do siebie nieco zbyt podobne.
Szybki rzut oka na zegar - w pół do 4. No jasne, mówili - ponadczasowy antyk, zapomnieli wspomnieć, że mało praktyczny. Taka cena stylu... Przynajmniej poczciwy Scout sprawowuje się bez zarzutu.
Silnik był nadal nagrzany. Ralph ruszył bez zwyczajowej rutyny upewniania się, że nic nie zawiedzie w maszynie. Lekki pojazd nadawał się doskonale do nadrabiania czasu. Misato równomiernie rozmazywało się po obu stronach ulicy. Nighthawk's, 9 wieczorem.
Rutyna, rutyną, ale niech to będzie jednak ta licencja. Z tą myślą przekroczył próg lokalu rozglądając się za znaną twarzą...
"Nighthawks" to nic innego jak zwykła jadłodajnia na rogu Czwartej Alei i Sześćdziesiątej Ulicy. Jej narożne ściany są przeszklone, wewnątrz poustawiano stoliki nakryte ceratą. Kelnerki w kremowych fartuszkach krążą dolewając kawy. Za kontuarem siedzi kobieta po czterdziestce, która przyjmuje zamówienia, wydaje jedzenie przekazywane z kuchni i otwiera szafeczki, za przeszklonymi drzwiami których stoją desery. Wchodzisz do środka i rozglądasz. Szybko dostrzegasz Robertę, ponieważ oprócz niej w knajpie siedzi zaledwie kilka osób: trzech robotników drogowych po pracy, mężczyzna w garniturze, rogowych okularach , z aktówką na blacie oraz dziewczyna, wyglądająca na biuralistkę. Roberta także w końcu cię dostrzega i wita serdecznie. Kiedy kelnerka podaje wam zamówienia, dolewa gorącej kawy i wycofuje się, Roberta wyjmuje papierosa i zaczyna swoją opowieść:
- Bardzo dziękuję, mój drogi, że zgodziłeś się przyjść. Nie mam już nikogo innego, do kogo mogłabym się zwrócić. Wybacz,, że obarczam cię moimi problemami, ale jestem w desperacji. - Rzeczywiście, w jej oczach dostrzegasz bezradność i zagubienie. Słuchasz w milczeniu opowieści, która zdaje się pochodzić z innego świata. - Dopadły mnie kłopoty, ale nie z mojej winy. Widzisz... jestem szantażowana. Dwa miesiące temu dostałam list, w którym pewien mężczyzna z Massachusetts przesłał mi kopertę, w której był list z żądaniem okupu oraz materiały, których nie chcę, aby zostały ujawnione. Mogą bardzo poważnie zaszkodzić ojcu.
Wiesz dobre, że Thomas George Robinson jest prominentnym politykiem Partii Republikańskiej, mającym nadzieję, na reelekcję senacką, a w przyszłości być może prezydenturę.
Roberta podsuwa ci kopertę i mówi dalej:
- Zażądał ode mnie 500 dolarów, potem napisał znowu, żądając tyle samo. boję się, że na tym nie poprzestanie. Ralph, mówiłeś, że masz znajomych, którzy potrafią coś zaradzić, ty sam wiesz co zrobić. Pomóż mi, proszę. Facet twierdzi, że wie, gdzie znajduje się Luke i przesłał jego kartę pacjenta i zdjęcie! Według niego, jeśli wyjdzie na jaw, co się przytrafiło Luke'owi, będzie skandal. Błagam, sprawdź to, nie wiem co robić. a jeżeli to prawda? Trzeba go będzie ratować!
Siedzisz zdziwiony, nie za bardzo wiedząc, co powiedzieć. Brat Roberty, Luke, zaginął tuż po wybuchu Wielkiej Wojny. Pewnego dnia zniknął bez śladu, a policja nie była w stanie ustalić najmniejszego śladu. Po prostu, któregoś dnia zamknął za sobą drzwi mieszkania w apartamentowcu Levin's i wszelki słuch po nim zaginął.
_________________ "When in doubt, always have to men with guns burst in."
Wszędobylską ciszę i atmosferę podszeptów przerwało soczyste KUURRRWA MAĆ! odbijające się echem po głowie Ralpha. Wziął głęboki oddech i kątem oka upewnił się, że nikt na sali nie zdradza oznak czytania w myślach. Nachylając się nieco zaczął półszeptem: Roberto, wiesz, że Cię szanuję i w żadnym wypadku nie odmówiłbym pomocy przyjaciółce ale...
Krótka przerwa doskonale nadawała się na zaciągnięcie papierosem. Szkoda tylko, że tytoń śmierdzi gorzej niż pysk leciwego kundla babki. Tak właściwie to co się stało Luke'owi? Nie. Czekaj. Nie chcę wiedzieć. Niemniej, czy możesz potwierdzić, ponad wszelką wątpliwość, iż wspomniany człowiek nie próbuje Cię poprostu podle oszukać? Właśnie w tej chwili pomyślał, że powinien zamówić kawę z jakimś alkocholowym dodatkiem Czy cokolwiek o nim wiesz? W każdym razie, może powinniśmy rozważyć zaangażowanie dobrego i dyskretnego detektywa? Niewiele wiem o tych wszystkich śledzeniach, podłuchach i odciskach palców. Choć nie będę próbował ukrywać, że chętnie umówiłbym się z rana ze znajomym mechanikiem czy drwalem po czym złożył mu wizytę w ramach lekcji manier. Jakkolwiek nieelegancko to brzmi.
Dłuższą chwilę spędził wpatrując się w dno kubka, jakby chciał wróżyć z fusów. Czyli mówiłaś, że gdzie go można znaleść?
- Luke znajduje się w prywatnej klinice Peabody Medical Sanitarium. Tak przynajmniej ustalił detektyw, którego wynajęłam. Dostarczył mi te informacje, a potem poprosiłam go, aby pojechał na miejsce i zorientował się, czy to naprawdę mój brat, kto go tam umieścił i kto żąda pieniędzy. Łaps wrócił, powiedział, że rezygnuje ze sprawy, oddał mi cała sumę, minus swoje koszta. Nie chciał ze mną rozmawiać. Ten szpital... Z tego co wiem znajduje się w Brunschwick w stanie Massachusetts. Zdjęcia... cóż nie są zbyt wyraźne, ale jestem przekonana, że to Luke. Zrobione je jak spał i z ukrycia. Ralph, proszę. Pojedź tam, dowiedz się, czy to Luke i wytłumacz tej kanalii, że nie należy szantażować rodziny, która do niedawna opłakiwała śmierć syna...
Ralph siedział przez chwilę, nie za bardzo wiedząc, co ze sobą począć. Tak naprawdę coś mu w tej sprawie nie grało. Był pewien, że Roberta mówi cała prawdę, ale mogło być tak, że nie miała kompletu informacji. Dziwna, tajemnicza sprawa. Z drugiej strony... zapowiadała się jako emocjonująca przygoda. W sam raz, aby podzielić się nią z Peterem Wrightem.
Ty i Pete znacie się od jakiegoś czasu. Łączy was wspólne zamiłowanie do nocnych eskapad w miasto, wrażeń i życia wykraczającego poza normy przyjęte przez konserwatywną część społeczeństwa. Kilka razy zdarzało ci się służyć za jego pilota i masz "podejrzenia", że Pete w tajemnicy trudni się czymś, co określiłbyś jako "służbę obywatelską". Z szacunku jednak nie pytasz o szczegóły, zadowalając się tym, że wprowadza do twojego życia dreszczyk adrenaliny. Tak, powinieneś odgrzebać jego wizytówkę i się umówić. coś ci podpowiada, że spotkanie w barze na rogu może być pierwszym krokiem na ścieżce ku niesamowitej przygodzie!
Edit
W poprzednich postach omyłkowo pisałem jak MG do gracza na sesji, od tego piszę w trzeciej osobie, jak narrator.
_________________ "When in doubt, always have to men with guns burst in."
Powrót ze spotkania z Robertą był jak powolna tortura dla umysłu. Sporo prawdy musi być w powiedzeniu, iż początki są zawsze trudne. Tej sprawy tyczyło się to chyba szczególnie bardzo. Długa lista rzeczy do zrobienia czy do kupienia przewijała się szybko pozostawiając po sobie własciwie tylko dwie pozycje: broń i amunicja. Jakoś trzeba było się bronić. Tak w razie czego. Na zemi Ralph czuł się nieco bezbronny. Ta noc zdecydowanie nie pasowała do swawolnej atmosfery jazzowego klubu. Nie pasowanie do jazzowego klubu natomiast nie pasowało do Ralpha co było jedynie nakręcało złe przeczucia i złe samopoczucie.
Rankiem lista zadań skłądała się z czterech pozycji: kawa, broń, załatwić transport, sprowadzić Petera... z kawą było najmniej problemów. Po kawie jakby też nieco lżejszy wydawał się świat. Gorzej w sklepie z bronią. Nigdy wcześniej pytanie "A co pan poleca?" nie powodowało takich konsekwencji. Można było kupić nawet karabin maszynowy z bębnem. God bless America. Zamierzeniem był zakup czegoś sprawdzonego i solidnego ale... czas rewolwerów się skończył. Wychodząc Ralph miał w kieszeni marynarki magazynek a z tyłu za paskiem pół-automatyczny Colt Model 1911. Konstrukcja kojarzyła się głównie z mafią i strzelaninami na ulicach Chicago, co było akurat jednym z argumentów 'za'. W końcu prawdziwie potężna broń to taka, która zapewnia, iż nikt nie będzie myślał o atakowaniu jej posiadacza.
Poczciwy Indian został w garażu. Spacer był zdecydowanie lepszą alternatywą. Zadrzewione alejki pozwalały się nieco odprężyć. Co więcej, w tak zwanym międzyczasie, trzeba było jeszcze uspokoić jedną delikatną i opiekuńczą duszyczkę. Gwar miasta zlewał się w jednolity szum, który mogłby wielu ludziom przeszkadzać. Nie był jednak tak dokuczliwy jak warkot silnika podczas pikowania. Pośpiesznie, lecz schludnie, napisana wiadomość wylądowała w skrzynce pocztowej starego domu.
"Carlotto,
Nie chciałem niepokoić Cię w pracy. Wczoraj dowiedziałem się, że mój przyjaciel potrzebuje pomocy. Nic czym powinnaś się obawiać, jednak nie będzie mnie w mieście przez kilka dni. Lecę do Massachusetts. Do zobaczenia wkrótce.
R.V.M."
Mając kolejną sprawę z głowy Ralph kroczył w kierunku królestwa Waldo Szpickiego - hangaru, gdzie naprawiona pocztowe maszyny. Nadal skutecznie ignorując wszędobylski szum miasta aby nabrać nieco pogody ducha, za którą ostatnio tęsknił. Widok nieco rozgrzebanego Spaada u wejściu do hangaru także miał dobroczynny wpływ.
Witaj przyjacielu! Waldo wyciągnął głowę z komory silnika pocztowego de Havillanda. Beztroski uśmiech Ralpha zdradzał, co nastąpi. Nie chciałbym nadużywać Twojego zaufania ale... To było piękne stwierdzenie, jakby naprawdę nie chciał, to by tego nie robił. Żyjemy przecież w wolnym kraju. ...ale zmuszony jestem prosić Cię o pomoc. Mógłbyś mi załatwić jakiś lot testowy jedną z tych maszyn, którą właśnie dopieszczasz? Potrzebuję wymówki, żeby nie robić regularnego kursu. No i przy okazji przetestuję nieco te Twoje "pszczółki". Co powiesz? Waldo schował się w papierach sprawdzając, co dokładnie ma w hangarze. Owiście wiedział co ma w hangarze. Ralph wiedział, że Waldo wie. Widocznie musiał to przemyśleć.
Jeszcze został telefon do Petera. Szkoda tylko, że nie jest to sprawa na telefon. Cóż, trochę nowoczesności chyba nie zaszkodzi. Halo? Peter?! Myślałem, że masz pokojówkę do odbierania telefonu. Ehh... żeby tylko cała reszta dialogu nie była taka szara. Wiem, że nie minęło na tyle dużo czasu abyś się za mną stęsknił, jednakże... Mam pewną sprawę, którą chciałbym polecić Twojej uwadze...
------------------------------------------------------------
Taka drobna uwaga: Ponieważ nie dostałem odpowiedzi na ostatniego maila ani PM dotyczącego postaci więc jakby coś wyedytuję odpowiedni fragment.
Wieczór był chłodny i rześki, w sam raz na załatwienie kilku spraw na raz.
Waldo, przyzwyczajony do tego, że Ralph często wyskakuje z dziwnymi i niespodziewanymi pomysłami, zmełł tylko niedopałek papierosa i burknął, że "jasne, na pewno coś się znajdzie".
Kiedy Peter odebrał telefon i wyłuszczyłeś mu sprawę, w słuchawce zapadła chwila ciszy. Potem Ralph usłyszał pełne zamyślenia "Hmmm", a jego kompan powiedział:
[czekamy na odpowiedź Ifryta]
_________________ "When in doubt, always have to men with guns burst in."
Wysoki, przystojny brunet w sportowym swetrze w kolorze jasnego brązu rzucił z uśmiechem do słuchawki:
- Cóż to za sprawa? Hmm, nie chcesz mówić przez telefon? W sumie to rozsądne. Telefonistki są urocze, ale czasem za bardzo ciekawskie... Dobra, wpadnij do mojego domu. Pogadamy i spokojnie wysłucham, co masz do powiedzenia. Do jakiego wariactwa tym razem chcesz mnie namówić.
Rozległa budowla położona w pięknym parku na skraju miasta była miejscem, gdzie Wright spędzał większość swojego czasu, jeśli nie był potrzebny w firmie. W obszernej bibliotece i hali sportowej rozwijał swój umysł i ciało.
Nareszcie!
Przez ten czas Ralpha dręczyły wątpliwości i niepokój, ale rozmowa z Peterem sprawiła, że mógł rzucić się w wir działania. Szybka podróż przez zapadające w sen miasto sprawiła, że miał dość czasu, aby ułożyć sobie w głowie plan rozmowy. Kiedy był już gotów, właśnie zajechał na wysypany żwirem podjazd. Kamerdyner otworzy drzwi samochodu i zaprowadził Ralpha na piętro, do gabinetu, gdzie oczekiwał go przyjaciel.
Peter uważnie słuchał tego, co miał do powiedzenia Ralph. Stojąc oparty o okno, ze szklaneczką whiskey w dłoni, kiwał twierdząco głową, kiedy poznawał kolejne aspekty sprawy. Zgodził się, że sprawa wyglądała na pozór dość prosto, żeby nie powiedzieć pospolicie, jednak i jemu głos w głowie podpowiadał, że może się za nią kryć coś... większego, a nawet, bardziej złowieszczego. Ustalili więc, że następnego ranka spotkają się na Stephen Hopkins Air Field i razem dołożą wszelkich starań, aby coś zaradzić na kłopoty Roberty Robinson.
Następny ranek można eufemistycznie określić jako rześki, Waldo Szpicky nazwał go "kurewsko wilgotnym". Samolot już stał, zatankowany i przygotowany do lotu. Kiedy Waldo zobaczył, Ralpha i Petera pokręcił głową i cmoknął, a potem rzucił:
- Nie mówiłeś, że będziesz leciał z kimś jeszcze. Daj i chwilkę.
Minęło pół godziny i z hangaru wytoczył się dwuosobowy Breguet 14A2/B2. Waldo uśmiechnął się z dumą, to było cacko, nad którym potajemnie pracował ostatnimi czasy. Udzieliwszy Ralphowi kilku instrukcji ("nie ciągnij za wędzidło za bardzo, bo kopie jak Szatan", "zdemontowałem karabiny, sorry chłopaki, musiałem"), dał zielone światło do startu i samolot wkrótce uniósł się w powietrze. Lot trwał kilka godzin i zakończył się na szerokiej łące opodal Brunschwick, Massachusetts. Ralph i Peter wysiedli z aeroplanu, wykupili miejsce postojowe, a potem skoczyli do knajpki "Flyin' Goose" na śniadanie i gorącą kawę. Gdy się już rozgrzali, postanowili rozeznać po okolicy i zabrać do pracy.
_________________ "When in doubt, always have to men with guns burst in."
- Proponuję zacząć tam, gdzie skończył detektyw wynajęty przez Robertę - Peter snuł rozważania nad parującą filiżanką czekolady. - Spróbujmy przez jakiś czas poobserwować ośrodek, kto tam wchodzi czy wychodzi, co tam się ogólnie dzieje. Jak będziemy mieli jakieś rozeznanie, możemy przejść do bardziej bezpośredniego działania.
Nie widząc zbytniego entuzjazmu u Ralpha, szybko dodał:
- No, przynajmniej ja mógłbym to porobić. Jeśli ty wolałbyś coś innego, na przykład porozpytywać się w miasteczku, to proszę bardzo, nie będę bronił. Co ty na to?
Właściwie to chyba dobry pomysł. Jedyne co mnie martwi to czas. Nie jestem do końca przekonany, iż mam go na tyle dużo, aby pozwolić sobie na spokojną obserwację. Martwią mnie zdjęcia. Przede wszystkim fakt, iż są piekielnie niewyraźne. Priorytetem dla mnie jest rozwianie wątpliwości, czy to oby nie jakieś podłe oszustwo. Domyślam się, że wolałbyś zachować w tajemnicy fakt, iż interesujemy się tą sprawą. W sumie to chyba trzebaby uznać za priorytet. Tuż po znalezieniu dostawcy dobrej whiskey. Właściwie to mam nadzieję, że uda się znaleść jakieś pośrednie dojście. Na przykład lekarza czy pielęgniarkę, która ma dostęp do dokumentacji. Obawiam się, że należałoby się tu posłużyć jakimś sprytnym kłastwem. To chyba i tak lepsze niż włamanie.
Właśnie! Peter! To jest TO! Włamanie! Ralph ostudził emocje gorącym cappuccino. Tylko, że my użyjemy sprytu w roli łomu. Trzeba się dowiedzieć jakiego rodzaju pancjentów najchętniej tam przyjmują. Nie licząc tego, że bogatych. Na twarzy Ralpha pojawił się nie do końca szczery uśmiech.
- Czyli zasadniczo proponujesz, abyśmy się wpierw nieco rozpytali, czyż nie? - z uśmiechem odparował Peter. - Dobra, nie ma na co czekać. Zacznijmy już tutaj!
Podniósł się od stolika i przeszedł parę kroków do kontuaru.
- Przepraszam szanownego pana - zwrócił się do mężczyzny ze skrzywionym wyrazem twarzy wycierającego ze znudzeniem szklankę. - Wie pan coś o Peabody Medical Sanitarium? To chyba gdzieś w okolicy. Słyszał pan coś o tym miejscu?
Ralph i Peter zagadnęli najpierw właściciela baru, ten odpowiedział na ich pytania z rezerwą, ale przekonany pięciodolarówką zaczął mówić i mówić, po czym skierował ich dalej, na właściwe tropy. Wizyta w centrum informacji miejskiej, ratuszu, na stacji autobusowej i w kilku knajpkach (dla rozgrzania zmrożonych członków) dały im takie oto informacje:
Peabody Medical Sanitarium to prywatna klinika założona w 1877 roku przez Nicholasa Percy'ego Peabody, bogatego kupca korzennego, który sprowadził się do Bruhschwick za cała rodziną i rozwinął tutaj swój biznes. Choć nie był z pochodzenia Niemcem (tutejsi ludzie są cokolwiek ksenofobiczni), to samodzielnie podźwignął miasto z ekonomicznych tarapatów i został jego burmistrzem. oprócz podreperowania kiesy miejskiej, był filantropem: ufundował szpital, szkołę, rozbudował kościół i założył konserwatorium muzyczne. W szpitalu były prowadzone pionierskie badania nad wykorzystaniem trepanacji czaszki, hipnozy oraz lekarstw na działanie mózgu. Po Wielkiej Wojnie szpital stał się wiodącą placówką, jeśli chodzi o leczenie rannych, cierpiących z powodu szoku powybuchowego (ang. shellshock), osiągającą znaczne rezultaty na tym polu. Niedługo na terenie szpitala ma powstać Peabody's Instytute of Mental Health, zajmujący się badawczo tego typu przypadkami.
Szpital znajduje się na obrzeżach Brunschwick w okazałym parku, składa się z pięciu budynków, rozrzuconych pomiędzy urokliwymi pagórkami. Główny szpital to stary dworek z okresu kolonialnego, do którego można dojechać boczną drogą od Woodland Drive. Teren szpitala otoczony jest siatką, a patrolują go pielęgniarze, których zadaniem jest zapobieganie ewentualnym ucieczkom (co zdarza się bardzo rzadko).
[Test wyszedł nadzwyczaj dobrze, dlatego możecie zadać jeszcze trzy pytania, o rzeczy których nie napisałem, a chcielibyście o nie zapytać]
_________________ "When in doubt, always have to men with guns burst in."
Wizyta w redakcjach dwóch lokalnych gazet oraz siedzibie Towarzystwa Historycznego Brunschwick (wyborna szarlotka z herbatą cynamonową!) dały kilka informacji:
1. Metody leczenia stosowane w szpitalu należą do tyleż awangardowych, co i niekonwencjonalnych. Sprawdzał je nawet Narodowy Instytut Zdrowia, jednak nie dopatrzono się żadnych uchybień, a spory procent wyleczeń szoku popostrzałowego dał zielone światło na praktykowanie hipnozy, muzykoterapii, stymulacji elektrycznej i chemicznej. Wyleczalność najcięższych przypadków wynosi około 25%, tych lżejszych nawet do 75%.
2. W zarządzie szpitala znajdują się zarówno potomkowie rodziny Peabody, jak i lekarze, których przyjęto do spółki. Największym oryginałem zdaje się być doktor Herman Witt, psychonalityk, który miotał się w swojej karierze od junga, do Freuda, od nauk kościoła po lektury madame Blavacky. Niemniej to on jest "ojcem" ostatnich sukcesów kliniki. Peter kojarzy kilka nazwisk z rady zarządu, głównie za sprawą swoich biznesowych korzeni, które cokolwiek głębiej sięgają, niż Ralpha.
3. Klinika nie była i nie jest sceną żadnych skandali, podejrzeń czy afer obyczajowych, finansowych czy innych. Wręcz przeciwnie, jej personel chwali się za kalwińskie podejście do pracy, chrześcijańskie miłosierdzie i dobroczynność. Aż za bardzo?
_________________ "When in doubt, always have to men with guns burst in."
Ralph przedstawił dość szczegółowo swój plan działania. Raczej prosty: jako weteran wojny, Ralph jest doskonałym kandydatem na pacjenta - wystarczy kilka udawanych symptomów shellshock'u a za razem kilka przydatnych symptomów aby przyjżeć się bliżej praktykom kliniki. Jak na przykład lunatykowanie, zmienność nastrojów, czy napadu strachu. Peter jednak nie do końca zadowolony był z takiego podejścia. Wykład Ralpha na temat fobii strzykawkowych i lunatykowania został krótko skwitowany...
- Rozumiem, że wolisz bezpośrednie działanie niż pewną wstrzemięźliwość? Mam pomysł niewykluczający Twojego. Mogę złożyć wizytę w Peabody Medical Sanitarium pod pretekstem chęci udzielenia klinice finansowego wsparcia. Dałoby to możliwość spojrzenia na sprawy z bliska.
Ralph widział plan Petera jako działanie bardzo racjonalne i przemyślane. Jednak gdzieś w głębi duszy wolał wykorzystać przewagę, jaką dawało zaskoczenie i pikować ostro na przeciwnika doprowadzając silnik i całą konstrukcję do granic wytrzymałości. Sięgnął po stygnącą już herbatę, gdy Peter dodał...
- Skoro wytropili Robertę, to tutaj też mogą to sprawdzić. Nie sądzę, aby to Luke podał namiary na swoją siostrę.
... i tutaj właśnie coś ruszyło. Zbyt sztywnej rodzinie może by się przydał niewinny skandal związany z chorobą mentalną. Problem jedynie taki, że jakby tu ktoś przyjechał to cały misterny plan w pi... niewypaliłby...
- I tutaj muszę zgodzić się z Twoją argumentacją, przyjacielu. W umyśle Ralpha pikujący pilot właśnie przekroczył granicę prędkości, przy której strery były zdolne wyciągnąć maszynę i wyrównać lot... Znaczy to chyba, iż zaczniemy od obserwacji. Ja się pokręcę jeszcze w okolicy jakiejś biblioteki. Może będą mieli tam coś, co zainspiruje mój ukryty uraz wojenny... albo nawet dwa.
Przypominając sobie specjalistyczne prawnicze pisma, w które wczytywali się bracia, pewien był, iż istnieją na analogicznej zasadzie pisma medyczne. Biblioteki lubią prenumerować takie buble. W głowie układała się już lista rzeczy do zrobienia: kupić notatnik i ołówek... i zaskoczyć jakąś miłą bibliotekarkę - najlepiej jakąś z kompleksem, łatwiej ją będzie oczarować - przedstawiając się jako reporter jakiejś gazety badający życie weteranów wojny. Nie będąc typem książkowego mola jakaś pomoc osoby, która wie co na jakiej półce leży byłaby w sumie mocno wskazana... oby tylko nie byli na tyle przezorni, żeby zatrudnić pryszczatego studenta...
Starając się myśleć pozytywnie Ralph szybkim krokiem kierował się w stronę znanego już lokalu informacji miejskiej... nie mogą nie wiedzieć gdzie jest najbliższa biblioteka... jak będzie kobieta, będzie czarowanie... jak nie... cóż, chłopak na pewno będzie chciał zostać częścią czegoś wielkiego...
Dwutorowe śledztwo Petera i Ralpha okazało się być strzałem w dziesiątkę. Urocze młode dziewczę, które pracowała w informacji turystycznej pokierowała Ralpha do biblioteki miejskiej. Budynek okazał się być rozległy i wyłożony marmurami, dodatkowo utwierdził go w przekonaniu, że czytanie i praca naukowa niewiele mają wspólnego z siedzącym trybem życia. Biegając między katalogami, działem archiwalnym, prasowym i Kółkiem Przyjaciół historii Brunschwick Ralph dowiedział się wielu rzeczy. Szpital wyjątkowo dba o dobrą renomę i na żadne skandale nie natrafiłeś. Co więcej, zarząd podjął uchwałę, na mocy której wyjątkowo rygorystycznie chroni personalia swoich pacjentów. Jedyne informacje o nich, jakie znalazły się w prasie, to wywiady, relacje i podziękowania za sprawną opiekę i zaskakująco skuteczne metody leczenia. Metoda, którą leczy się skutki urazu popostrzłowego objęte są tajemnica lekarską, ale mówi się o wykorzystaniu hipnozy, lekarstw farmakologicznych, światła słonecznego i muzykoterapii.
Zarząd szpitala składa się z samych nobliwych, zacnych osób, można powiedzieć ojców miasta. Oprócz lokalnych bogaczy, którzy są jednocześnie dawcami sporych sum, w radzie szpitala zasiadają ordynatorzy, pastor i prof. Knuthoffer, posiadacz ziemski, który ufundował kilka nowych budynków. Wieść gminna niesie, że lekarze z kliniki wyleczyli go z jakiejś poważnej, acz dość tajemniczej przypadłości.
Jako że w Brunschwick nie ukazują się żadne brukowce, toteż Ralph niespecjalnie wpadł na temat jakichś plotek, czy skandali. Jedyny ślad biegnący w tę stronę to trzy krótkie notatki z kroniki towarzyskiej:
- Latem 1917 roku, dokładniej 12 sierpnia, do szpitala trafił pacjent znany jako John Doe. Jego twarz obwiązana była bandażami, podobne jak reszta ciała. Choć człowiek ten nigdy nie służył na froncie, to odniósł poważne obrażenia, bardzo podobne do tych, jakie miały miejsce podczas starć pod Verdun. Człowiek ten nie potrafił przypomnieć sobie swojego imienia i nazwiska, porozumiewał się angielszczyzną z francuskim akcentem, nie rozpoznawał nikogo, ani nie był w stanie powiedzieć, jaki jest rok. Ralph sprawdził te skąpe dane i nie znalazł aktu zgonu w rejestrze miejscowej parafii, co oznaczałoby, że człowiek ów nadal jest w szpitalu.
- 3 stycznia 1921 do szpitala trafił Aleksander Freuchart, lider big bandu, robiącego oszałamiającą karierę na Wschodnim wybrzeżu. doznał oparzeń i wstrząsu, kiedy tuż obok niego wybuchły noworoczne fajerwerki. Został wyleczony po trwającej trzy miesiące kuracji i podjął z powrotem oszałamiającą karierę.
- 17 lipca 1921 roku policja odnalazła w szuwarach na brzegu rzeki ciało młodego mężczyzny. okazało się, że niedoszły topielec żył i szybka akcja reanimacyjna funkcjonariusza Bensona uratowała mu życie. Młody mężczyzna, kolejny John Doe, trafił do szpitala. Nie odzyskał przytomności, nie wybudził się ze śpiączki i nadal pozostaje pod opieką lekarzy. Jako że znaleziono go całkowicie nagiego, bez portfela, pieniędzy i dokumentów, nie sposób ustalić jego tożsamości.
Ralph spędził w bibliotece kilka długich godzin. Podczas gdy na zewnątrz zaczął padać śnieg z deszczem, wiatr zawodził, a szaruga zakradała się pod okna po cichu jak kot, on siedział z kubkiem parującej herbaty, przy biurku oświetlonym zielona lampką. Był sam, ciszę przerywało tylko skrzypienie jego ołówka i niekiedy kaszlnięcie innego czytelnika, który zaszył się w odległej części biblioteki.
Tymczasem Peter postanowił umówić się z przedstawicielem zarządu. Jego nazwisko i wizytówka otworzyły przed nim wszystkie drzwi, które prowadziły do gabinetu profesora Wernera Kurtza, który pełnił funkcję dyrektora administracyjnego. Choć Peter nie był umówiony, to potrafił wpłynąć na sekretarkę, która zorganizowała mu półgodzinne spotkanie ze swoim szefem.
Profesor Kurtz okazał się być miłym, dobrodusznym człowiekiem, który przejmował się losem bliźniego i wierzył w zbawienną moc ciężkiej i uczciwej pracy. Rozmowa wkrótce zeszła na temat szpitala, potencjalnego datku i pewnego znajomego, który mógłby wymagać pomocy. Profesor Kurtz przejął się losem nieszczęśnika i zaproponował pomoc.
-Być może jutro będzie miał pan chwilę, aby towarzyszyć mi podczas obchodu administracyjnego? - spytał. - Pokazałbym panu naszą placówkę, aby zadecydował pan, czy pański przyjaciel znajdzie u nas odpowiednie warunki?
_________________ "When in doubt, always have to men with guns burst in."
Spacerowym tempem udał się na spotkanie z Peterem aby podzielić się informacjami i usłyszeć o postępach jakie poczynił w klinice. Powoli plan infiltracji układał się w całość. Gdy wszystko co miało być powiedziane już zostało powiedziane przy szklance nielegalnej whiskey - co zasadniczo oznacza, że samokowała jakby była 10 lat starsza.
Zasdniczo Ralph rozpoczął etap mentalnych przygotowań do bycia świrem.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach