Bissel Strona Główna Bissel
Forum poświęcone grom fabularnym

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Pojedziemy na łów, na łów...
Autor Wiadomość
Nadia 
Gracz
Madame Butterfly


Wiek: 24
Dołączyła: 23 Sty 2006
Skąd: poznan
Wysłany: 2009-08-18, 16:19   

Anja

Kochanka Parma z nieukrywaną niechęcią popatrzyła na mądrującą się magiczkę. Faktycznie, iść na przód pchając się prosto na pułapki i przygotowanych wrogów, o których liczebności nie mieli zielonego pojęcia. Te kilka lat siedzenia nieustannie nad zakurzonymi księgami musiało jej chyba zaszkodzić.
Jednak tak naprawdę nie to zdenerwowało dziewczynę, a raczej sposób zwracania się do baroneta, jakby nie było pana tych ziem. Przed ciętą uwagą powstrzymała się w ostatniej chwili, patrząc na ściągniętą zmartwieniem twarz Jemaine. Jeszcze mu tu tylko brakowało dwóch zajadle kłócących się bab!
Zamiast tego Anja podjeła właściwe dla siebie działanie.

Recytacja poematu "O okrucieństwie i upadku Willa zwanego Krwawym" mogła co poniektórym wydawać się bardzo nie na miejscu. Ale ta dziewczyna szczerze wierzyła w moc poezji, w moc muzyki. Szczerze wierzyła, że opowieść o tym jak dzielne rycerstwo w końcu dopadło i powiesiło najbezczelniejszego, najbardziej okrutnego bandytę wszech czasów może podziałać inspirująco. I chyba faktycznie podziałało; bo zaraz Ruud wpadł na jakiś pomysł, może nie najlepszy, ale zawsze jakiś. Także i inni, z większym jakby zapałem ruszyli by go zrealizować. Ale nie wszyscy.

Bardka zarejestrowała, że człowiek Sethona został z tyłu i zagłębił się w las. Zaciekawiona i zaniepokojona, po skończonej recytacji, cofnęła się wraz z Peonią na tyły i skierowała w miejsce, gdzie skręcał Adolf. Niemal od razu znalazła konia, ale nigdzie nie widziała jego właściciela. Gdy usłyszała trzask łamanych gałęzi, przestraszona szybko dobyła miecza. Dopiero po momencie skojarzyła, że trzask dochodził z przodu i się oddalał. Ciekawość wzięła górę nad ostrożnością. Przywiązała klacz do gałęzi i szybko (acz zachowując odpowiednią ciszę) ruszyła w kierunku hałasu. Księżyc dziś świecił mocno toteż nie miała problemu z poruszaniem się, nie miała ich także po chwili by dostrzec bestie. Była wielka i w bladej poświacie mieniła się srebrem. Anji aż zaparło oddech kiedy przystanęła przerażona. Dopiero po chwili skojarzyła, że odzienie na ciele monstrum przypominało aż nadto strój w jaki odziany był Mandrake. Jako bystra dziewczyna umiała dodać dwa do dwóch i znaleźć odpowiedź: wilkołak!

Bojąc się zrobić najmniejszy ruch, modliła się tylko by jej nie wyczuł.
Ostatnio zmieniony przez Nadia 2009-09-08, 11:01, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Brat_Draconius 
Gracz
Król DeDe


Wiek: 23
Dołączył: 04 Lis 2007
Wysłany: 2009-08-19, 18:10   

Bisclavret
***

Pociągnął nosem. Węch miał świetny, jednak nie umiał jeszcze go w pełni wykorzystać. Wciąż się rozwijał. Ewoluował. Jednak to nie on a głośne chrupnięcie miażdżonej gałązki powiedziało mu o obecności intruza. Wstał prostując się na pełną wysokość. Nie odwracał się. Nie chciał prowokować rozwiązań siłowych. Gdy do takich dochodziło musiał zabijać. To było silniejsze od niego.

~~Pięknie. Ciekawe kto poza mną jest na tyle durny by samemu wleźć w las.~~
Pomyślała bestia po czym od niechcenia machnęła pazurzastą łapą. Niby przypadkiem złamała przy tym potężny konar prastarego dębu. Ktoś z taką siłą nie miałby problemu z przetrąceniem człowiekowi kręgosłupa o karku nie wspominając. Stwór ziewnął.

- Wyjdź stamtąd wreszcie. Ty wiesz, że ja wiem że tu jesteś, ja wiem to również. Po co ciągnąc tą komedię? Tylko bez głupich pomysłów proszę. Wrzaski czy machanie bronią na wiele się nie zdadzą. Nie ma powodu do obaw. Czy ja wyglądam na wielkiego złego wilka? A tak wyglądam... Nic to. Zjeść cię nie zamierzam, zabić ani okaleczyć też nie. A nie chcę by mordercy uciekli. Głodny jestem. A nazywam się Bisclavret.
Spokojny i melodyjny ton głosu kontrastował z wyglądem "wilkołaka". Stwór czekał na reakcję Anji. I prosił fortunę by nie zrobiła niczego co sprawi, że będzie musiał ją zabić.
 
 
 
Nadia 
Gracz
Madame Butterfly


Wiek: 24
Dołączyła: 23 Sty 2006
Skąd: poznan
Wysłany: 2009-08-19, 19:30   

Anja

Pieprzone, cholerne gałęzie, że też muszą się walać po całym lesie! Anja zaklęła by sobie żywo, gdyby nie fakt, że jeszcze żywiła nadzieję uszkodzonego słuchu u stwora. Niestety, zatrzymał się i wyprostował w pełni demonstrując swą ogromną sylwetkę. Naprawdę złamanie w tym momencie konaru niczym patyczka było już całkowicie zbędnym popisywaniem się. Ale odzywał się, gadał, nie rzucił do gardła. Ba! Robił to w sposób bardziej wyrafinowany niż połowa osób, z którymi dotychczas pieśniarka się spotkała. Nic to, co ma być to będzie...
- Nie zamierzam wrzeszczeć, ani machać bronią - ujawniła się trzymając miecz w sposób jednoznacznie sygnalizujący pokojowe zamiary - Ja... eh... szukam innego sposobu by podjeść bandytów i uratować naszego kompana.
Głupia wymówka widziała, taka panna jak ona powinna się jak najbliżej trzymać zbrojnych. Ale z tego co to coś mówiło mieli wspólny cel, a było to warte podkreślenia.
- Czekaj, czekaj. Ja Cię skądś kojarzę... - istota podrapała się po głowie - Anja? A żeby to szlag trafił. Dogrzebywanie się do wspomnień mojej drugiej części jest takie frustrujące. Uratować powiadasz... Cóż ja chcę ich tylko pozabijać i zjeść serca. Należy im się za mojego przyjaciela. Oczywiście niezależnie od moich zapatrywań będziesz lazła w ten mroczny gąszcz? Niepomna, że możesz trafić na przykład na wilkołaka?
- Cóż... wilkołaki z tego co mi wiadomo nie występują w tych lasach na pęczki... I zdrowy rozsądek podpowiada mi, że lepiej trafić na tych wilkołaka niż na tych bandytów. A najlepiej trafić na bandytów w towarzystwie wilkołaka.
- Hm...Ja tu nie widzę, żadnych wilkołaków. Tej wersji się trzymamy. Rozumiesz prawda? A i to nie był żart. Zastanawiasz się pewnie o czym on gada, prawda? No cóż... -
Bestia wyjęła z sakwy srebrną monetę i zaczęła ją obracać w palcach. Potem położyła na wywalonym, paskudnie długim języku i schowała do paszczy. Rozległ się dźwięk chrupanego metalu. - Teraz rozumiesz? Wilkołaki są wrażliwe na srebro. Ja nie jestem. Po prostu wyglądam podobnie.
- Hmmm.. To kim jesteś?

To pytanie nie było może zbyt taktowne, ale wrodzona ciekawość wzięła zdecydowanie górę. Nad strachem również.
- Sam chciałbym wiedzieć. Moja druga cześć próbuje się tego ciągle wywiedzieć. Wiem na razie czym nie jestem. Ani wilkołakiem, ani demonem, ani diabłem. Choć zapewne jestem czymś z poza tego planu. Tak to się nazywało? Wybacz wiedza tajemna to nie moja działka, jego zresztą też. Z wiadomych przyczyn jednak nie prosiliśmy magów o pomoc...
- W sumie nie jestem magiem, ale coś tam jednak wiem... Mogę spróbować znaleźć odpowiedź. Jak oczywiście uratujemy Charlesa i pogonimy te wywłoki.
- Zapewne i moja druga cześć ucieszy się na tą sposobność. - Muszę mu to obwieścić. -
rzekł i wyjął kajet z sakwy. Umoczył pazur z wbudowanym kałamarzu i nabazgrał kilka zdań w smoczym - Wyraźne? Czasem mam problemy z pisaniem. W każdym razie... - wziął konar który ułamał - trzeba mieć coś do sprawdzania czy nie ma pułapek.
- Powinien się rozczytać -
zerknęła mu przez ramię - Idziemy? Bo Parm z resztą wpadną i ominie nas cała zabawa.
- Idziemy... I to nie zabawa. To wojna... A jak dobrze pójdzie to jednostronna rzeź.
- Wiem -pokręciła głową- Ja po prostu staram się to sobie... jakoś ułatwić.
- To lepiej za dużo nie patrz gdy się zacznie. Zwłaszcza jeśli to ja będę zabijał.
- rzekł idąc na trzech łapach z konarem przerzuconym przez plecy. - I tylko módl się bym nie wbił się w pułapkę.
Ostatnio zmieniony przez Nadia 2009-09-08, 11:02, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
WitchDoctor 
Gracz
-


Wiek: 21
Dołączył: 06 Lip 2006
Wysłany: 2009-08-20, 20:27   

Orszak:

Atakujący ruszyli powoli do przodu, gnając psy przed sobą. Na początku było to dość trudne, bo poranione zwierzęta nie bardzo miały ochotę na cokolwiek. Wrodzone posłuszeństwo jednak wzięło górę. Burki ruszyły do przodu, a jeden z nich nawet zaszczekał entuzjastycznie. I, żeby było śmieszniej, chociaż posuwały się coraz dalej, parów wyglądał na czysty...
...do momentu, w którym jeden z psów wyraźnie nie potknął się o coś. W chwilę potem, z krzaków na ścianach parowu wytoczyły się dwa grube bale drewna, wystarczające do zmiecenia niewielkiego oddziału wojska. Nie wiadomo było, czy zwierzęta zdążyły się nawet zorientować, co się dzieje. Słychać było tylko głośny rumor i jedno, czy dwa skamlnięcia. Po czym w parowie znowu nastała cisza.
- Idziemy - Parm był wyraźnie blady na twarzy.
Była to jedna z najostrożniejszych szarż w historii Furyondy. Nikt nie miał pojęcia, ile jeszcze pułapek zastawili bandyci. Przeszli jednak dobrych dwadzieścia metrów i nie natknęli się na kolejne niespodzianki, chociaż wszyscy poświęcili masę wysiłku na wypatrywanie ewentualnych pułapek. Tu i ówdzie wprawdzie wykopane były niewielkie dołki, w sam raz na ludzką stopę i wydać było, że ktoś ewidentnie próbował coś z nimi robić. Na wszelki wypadek wszyscy starali się omijać te miejsca.
I wtedy ją zauważyli. Jaskinia znajdowała się na końcu parowu, zakryta krzakami.
Właśnie wtedy w ziemię, pod nogami Jemaine'a, wbiła się pierwsza strzała.

Charles

Wiatr zawiał bez ostrzeżenia, zionąc zimnym powiewem po twarzach obu mężczyzn i bez trudu gasząc zaimprowizowaną pochodnię.
- Kurwa - syknęli obaj.
- Marcus, jesteś tam? - zawołał echem przerażony głos gdzieś z góry - Marcus?! Przeszli przez pułapki! Co mamy robić?
Jeżeli herszt zamierzał się odezwać, to kolejne stuknięcie szybko mu to wyperswadowało. Tym razem jednak było znacznie bliżej. Charlesowi włos zjeżył się na głowie, chociaż być może było to związane z kolejnym podmuchem wiatru.
- Marcus! - ktoś zawołał po raz kolejny.
Kolejny dźwięk, przypominający darcie czegoś.
- Zapalaj! - Charles miał dość. Cokolwiek było w tej jaskini, nie zamierzał stawiać temu czoła po ciemku.
Płomień zajarzył się po raz kolejny. I znów zawiało. Wszystko wskazywało na to, że szmata na końcu piszczeli zgaśnie znowu. Tym razem jednak wiatr był za słaby i płomień po krótkiej chwili walki zdołał rozbłysnąć ponownie.
- Wieje ze ściany? - zdumiał się Charles. Rzeczywiście, wiatr nie miał prawa dochodzić z tamtej strony. Pomieszczenie kończyło się litą skałą. Sądząc po kołysaniu się płomienia, z tamtej strony dmuchało jednak prawie przez cały czas.
Kolejne stuknięcie sprawiło, że odwrócili się w drugą stronę.
Bestia faktycznie wyglądała jak wielki chrząszcz. Światło odbijało się od zielonozłotego pancerza, który był wyraźnie popękany w paru miejscach. Trzy pary czarnych nóg nie wyglądały na tak wytrzymałe, ale z pewnością mogły znieść niejedno. Najpaskudniej jednak wyglądały olbrzymie żuwaczki, w których monstrum trzymało tors i głowę Harala. Na ich oczach upuściło swoją zdobycz i odgryzło spory kawał mięsa wielkimi żuchwami. I w tym samym momencie usłyszeli kolejny trzask.
- Marcus - w ciemności pod ścianą leżał mężczyzna, który mógł by tylko Karlem - Marcus, pomóż mi...
W oddali rozległ się wrzask.

Orszak

Przebili się przez ostrzał niemal bez trudu, spodziewając się większego oporu. Ledwie świsnęło kilka strzał, a już byli przy drzwiach jaskini. Olbrzymia, szara bestia przetarła drogę, ruszając na dwóch przerażonych łuczników. Nim ktokolwiek jeszcze zdążył dobiec, jeden z nich już wrzeszczał, rozszarpywany na strzępy. Drugi w popłochu pobiegł w głąb jaskini, nie patrząc przed siebie.
- Skąd TO się wzięło?! - zdumiał się Parm. Nie było jednak czasu na zastanawianie się nad takimi rzeczami. W kącie kuliła się trójka bandytów, wszyscy uzbrojonych niemal identycznie. I wpatrywali się w młodego baroneta z przerażeniem.
- Poddajemy się! - jeden z nich wrzasnął niemal histerycznie - Błagam!
Parm kopnął go z całej siły z obutej stopy w brzuch.
- GDZIE BATTLESWORD?! - ryknął opryszkowi prosto w twarz.
- Wpadli z Marcusem gdzieś w głąb! - wykrzyknął szybko przesłuchiwany - Tam jest taka dziura trzeba uważać i on skoczył na niego i wyszarpnął mu nóż i...
- Zwiążcie ich wszystkich - Parm przerwał jego potok słów - Ten tutaj będzie nas prowadził. I złapcie to coś, do cholery!
Wyciągnął miecz i ruszył w stronę Bisclavreta.
- Parm, nie! - krzyknęła Anja, która właśnie zdążyła dobiec - To przyjaciel!
Baronet Jemaine spoglądał na nią przez chwilę, nie do końca wiedząc, co powiedzieć. Znał swoją kochankę przez jakiś czas i nie wiedział do tej pory, że przyjaźni się ona z wilkołakami. Niemniej jednak w tym momencie gotów był nie wnikać.
- Dajcie pochodnię - rozkazał. Popchnął bandytę, po czym ruszyli w mrok.

Charles

- Marcus, proszę - głos Karla stawał się coraz bardziej histeryczny - Kiedy to bydlę skończy z Haralem, wpierdoli mnie.
Chrząszcz na moment podniósł głowę i spojrzał na stojących, przerażonych mężczyzn. I wtedy, nieoczekiwanie dla nich, przemówił.
- Mar...cuzzzzzzzz... - wybzyczał nieporadnie i wrócił do jedzenia.
- Marcus, zajeb to! - krzyknął Karl - Tu mam kuszę, błagam, podejdż i zajeb to.
Marcus powolutku zaczął okrążać chrząszcza, usiłując zmniejszyć dystans do Karla. Tymczasem zwierzę niemal dokonczyło już posiłek. Jego skóra zaczęła odpadać, odsłaniając w pewnych miejscach coś, co podejrzanie przypominało ludzką skórę. Chrząszcz spojrzał na Battlesworda, i chociaż owadzie oczy wciąż pozostały bez wyrazu, widać w nich było odrobinę inteligencji.
- Ba...ron. Dzzzzzemaine - wydusił z siebie.
Charlesa ogarnęło straszliwe podejrzenie. Spojrzał na Marcusa, który właśnie stał już przy Karlu.
- Dawaj tą kuszę! - ryknął do leżącego.
- Jużżzzzzzzzzzzz... - odpowiedział Karl. Jego głowa odpadła do tyłu. Potężne żuwaczki wystrzeliły spod szyi, odcinając hersztowi dłoń, w którym trzymał pochodnię.
- Nigdy czzzzię nie lubiłem, zzzzzzkurwielu - usłyszał jeszcze Charles. Potem poczuł silne uderzenie w pierś i nagle zapadła ciemność.

Orszak

- Dawaj tą kuszę! - rozległo się z otworu
Odpowiedź była nieczytelna, ale sytuacja wyglądała na poważną.
- Lina - szepnął Parn do łowczego - Znajdź mi jakąś linę, migiem!
- Mam w plecaku - zaofiarował się jeden z drużynników - Zaraz wyciągnę.
Wrzask, jaki rozległ się z otworu przekonał wszystkich, że nie ma co czekać.
- Kurwa mać! - wrzasnął Parm - Trzymaj się, Charles! Idę tam!
Zanim ktokolwiek zdołał go powstrzymać, zniknął w otworze...

Charles

Bolała go głowa, ręce, tułów, klatka piersiowa... Ból był wszechogarniający, jakby ktoś obijał nim o ściany jaskini, kto wie, może rzeczywiście tak było. Nie mógł się poruszyć, właściwie nie wiedział, czy już doszedł do siebie, czy może nadal jest nieprzytomny, wszędzie było ciemno... I ten głos, głos, który sprawił, że wróciły mu szczątki przytomności...
-... na cycki sukkuba... Co z tym jebaką leśnym zrobimy, Lucmar? Całkiem niezłe ma ciało, może by tak do Grabarzy? Zawsze szukają silnych, młodych chłopców, hehe, a ten tutaj widzę, że niedługo już wykoprytnie.
- No Soren, chyba tylko, bo brzdęku miał co kot napłakał? Może da się wcisnąć przynajmniej te rzeczy jakiemuś skurlonemu frajerowi. Wyglądają bogato.
- No, to jakiś szczeniak, do tego pewnie trafił tu przypadkiem. Podżywicuj go, może dojdzie do siebie. - głosy ucichły, a Charles nie wiedział, co to znaczy podżywicować, ale miał nadzieję, że nic złego. Ktoś przewrócił go na plecy i wlał coś do ust, najpierw chciał to wypluć, a potem zrozumiał, że jest to tylko alkohol...

- Khe... Khe... Co... Jak... - od razu doszedł do siebie, lecz o dziwo, gdy otworzył oczy, było tak samo ciemno, poza niewielkimi światełkami otaczającej go...wioski, z braku lepszego określenia. Co jeszcze dziwniejsze, przed nim stał tylko jeden człowiek. Miał pomarszczoną twarz, siwe, długie włosy i różnokolorowe oczy. Jedno zielono-czerwone, a drugie czarno-białe. Uśmiechał się...
- Witamy w Przedsionku...
- Jakim przedsionku?! Czego przedsionku?!
- Chciałbyś wiedzieć, co?
- No daj już bzikowi luzy, widać, że to kret, a do tego jebus.
- Ceruj trumnę Lucmar, a ty to niby normalny?
- Czy ja umarłem? - wtrącił się oniemiały Charles, widząc jak stojący przed nim człowiek kłóci się sam ze sobą.
- Jeszcze nie, a w twoim interesie, jak mniemam, leży by ten drobny fakt, się nie zmienił...
Ostatnio zmieniony przez Gantolandon 2009-08-20, 20:36, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Akwus 
Gracz
Ghostwriter


Wiek: 27
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: Legionowo
Wysłany: 2009-08-21, 04:12   

Charles

Był zmęczony, czuł się jakby obito go, połknięto w całości i wypluto gdzieś bardzo daleko, w miejscu tak dziwnym, że wyskakujące z ciała Karla żuwaczki były przy tym zupełnie naturalne.
- Gdzie jestem. Konkretnie. Czy to ziemie barona Jemeina?

Odpowiedział mu śmiech i szybka wymiana zdań pomiędzy... jego jedynym rozmówcą.
- Jesteś daleko od miejsca które uważasz za znane.
- Acz jednocześnie nie tak daleko jak byś być mógł.
- Możesz za frajer przejechać się dalej.
- Ale wtedy będziesz jeszcze dalej, a nadal nie wiedząc gdzie.
- To jak łapiesz i jedziesz?
- Czy nie czaisz i leżysz?

Ilość słów wypowiedziana w czasie, który wedle Charlesa był zbyt krótki na udzielenie odpowiedzi "Jesteś w czarnej dupie" potrzebowała kilku chwil by Battlesword zdołał ją przetrawić.
- Poczekaj, eee czekajcie? eee- czek... ..potrzebuję chwili!
- No jasne, ile dusza zapragnie buahahaha...
- Choć nie dawałbym jej zbyt dużo decyzyjności maruderze.
- Wiesz, poczekaj tu sobie, to wiatr rozgoni troski.
- Jesteś okrutny Lucmar.
- Bo ja wiem, najlepiej uczyć szokowo.
- Dobra dość gaworzenia, na nas czas, lecimy bez niego, bo frik będzie jeszcze deliberował do jutra. Buahahahaha.

Charlesowi wydawało się, że słyszy zdwojony śmiech z ust mężczyzny.
- Czekajcie! Jadę z wami.

Towarzystwo szaleńca, który wiedział gdzie zmierza wydało mu się lepsze niż pozostawanie samodzielnie w miejscu, które zmierzało gdzie indziej...
_________________
Rynsztok rynsztokiem, ale porządek musi być!
 
 
 
Christoff 
Wąpierz


Wiek: 27
Dołączył: 20 Sty 2006
Skąd: Opole
Wysłany: 2009-08-21, 09:36   

Ruud Suurbier

Huk zderzających się drewnianych bali i odgłos miażdżonych ciał wypełnił powietrze. Większość członków orszaku skrzywiła się lub zaklęła. Prowadzący szarżę Ruud nawet nie drgnął.
- Biedne psiaki. Lepiej jednak one, niż my, nieprawdaż? - skwitował twardym głosem, spoglądając spode łba na Parma. Jego "głupi plan" okazał się wcale niezły. Dał pozostałym znak, by ruszyli dalej. W ziemi było widać ślady innych pułapek, prawdopodobnie nie zastawionych do końca. Coś innego musiało zająć bandytów. Ruud prowadził kompanię, ostrożnie omijając podejrzane miejsca. Bez dalszych incydentów dotarli do końca parowu. Wtedy nadleciało kilka strzał.
- Do szarży! Na skurwysynów! - ryknął krasnolud, pędząc w kierunku widocznego już zarysu jaskini. Łuczników nie było wielu i nie byli zbyt celni. Nagle Suurbier spostrzegł, że przed nim pojawiła się potężna szara bestia. Przystanął zdumiony, dając się wyprzedzić Parmowi i kilku pozostałym. Kiedy w końcu wbiegł do jaskini, ściskając swój potężny, obusieczny topór, było już po walce. Słysząc rozkaz Parma, metodycznie przystąpił do wiązania bandytów. Uniósł tylko zaciekawione brwi, dowiadując się że kudłata bestia jest ich "sojusznikiem".
- Ciekawe. Będę miał baczenie na tego sojusznika - rzekł na poły do siebie, na poły do Parma. - Chodźmy szukać Charlesa - stwierdził, ruszając zaraz za Parmem w głąb jaskini. Wydawało się, iż dochodzą stamtąd odgłosy jakiejś szamotaniny. Dźwięki były coraz bliższe, aż w końcu z całkiem bliska usłyszeli "Daj kuszę!"
- Charles! - zawołał gromko Ruud, równie podekscytowany jak Parm. Wydobył zza pazuchy linę, jednak baronet zdążył już skoczyć do tunelu.
- Parm, kurwa, czemu musisz być taki w gorącej wodzie kąpany?! - zawołał za nim z irytacją, prędko przywiązując sznur do tkwiącego koło dziury stalagmitu.
- Jeszcze jedna osoba niech zlezie za mną, reszta jeśli zawołamy. Może tam być ciasno - powiedział rozkazującym tonem, po czym, dzierżąc w pogotowiu topór, zsunął się w mrok. - A więc aż dwa skurwysyny - mruknął już na dole, widząc nacierającą na Parma dwójkę wielkich chrząszczy. - Dawać tutaj, mamy nasz obiekt polowania! - ryknął ku górze, po czym rzucił się w kierunku robali.
_________________
Respect my authority

---

"Bycie sobą to określenie takiego krystalicznego stanu, w którym bylibyśmy wręcz "archetypiczni", tacy, że w każdym czasie, miejscu, życiu bylibyśmy tacy sami, mimo wychowania czy świata." - cytat stulecia
 
 
 
Brat_Draconius 
Gracz
Król DeDe


Wiek: 23
Dołączył: 04 Lis 2007
Wysłany: 2009-08-24, 10:48   

Bisclavret rzucił się na łuczników. Dopadł pierwszego i wgryzł się w jego bark. Obrzydliwe chrupnięcie miażdżonej kości zlało się z wrzaskiem bólu bandyty. Bestia zirytowała się i jednym ruchem pozbawiła go głowy. A potem zjadła na szybko kawał tułowia, by po chwili pognać za uciekającym człowiekiem.
- Potwór, pomocy! Zabił Barta! Pomocy!

Potwór wyszczerzył zęby w uśmiechu. Zza pleców usłyszał zaś Skąd TO się wzięło?!. Bandzior biegł łudząc się, że ocali żywot. "Wilkołak" skoczył i powalił go na ziemię. Za nim do pieczary wleciała hurmem banda zbrojnych. Stwór wyprostował się, popatrzył z pogardą na leżącego pod nim zbira. Już miał coś rzec gdy usłyszał.
- Zwiążcie ich wszystkich. Ten tutaj będzie nas prowadził. I złapcie to coś, do cholery!
Parm dobył miecza i ruszył w stronę Bisclavreta.

- Parm, nie! - krzyknęła Anja, która właśnie zdążyła dobiec - To przyjaciel!
Alter ego Adolfa wyszczerzyło się paskudnie.
- Świetnie, tylko białej chustki brakuje. Skoro jednak już mamy potrząsanie dzidą za sobą... Nazywam się Bisclavret. Czy Ci tutaj zostaną osądzeni wedle standardowego prawa?
Rzekł spokojnie. Podążał za Parmem i krasnoludem. Usłyszał odgłosy szamotaniny. Potem zobaczył...

Bisclavret nie przepadał za robactwem. Zwłaszcza takim które mogło go zjeść. Sierść zjeżyła się na karku. Kudłata śmierć wyprężyła muskuły i skoczyła na pomoc młodzieńcowi. Przeskoczył nad krasnoludem i stanął przed owadami. Zęby ociekały śliną, pazury drapały bruzdy w skale w pokazie siły.
- No i zajebiście... Te paskudy mają szkaradniejsze mordy niż ja. I równie wielkie zęby.
Rzekł by nieco rozładować atmosferę.
 
 
 
Nadia 
Gracz
Madame Butterfly


Wiek: 24
Dołączyła: 23 Sty 2006
Skąd: poznan
Wysłany: 2009-08-24, 19:04   

Anja

Dyszała ciężko próbując uśmierzyć ogień w płucach, jej nowy przyjaciel był niezwykle szybki i niemożliwością było go dogonić. Tak naprawdę wpadła w ostatniej chwili by powstrzymać jatkę pomiędzy nim a Parmem.
Solennie w duchu obiecała sobie popracować nad kondycją i to bynajmniej nie tylko w łóżku.

Na więcej postanowień nie było czasu, jej kochanek niczym oszalały rzucił się ratować jej byłego kochanka,a zaraz za nim pobiegł krasnolud i Bisclavret. Nie mając najmniejszej ochoty im przeszkadzać w walce z czymkolwiek co było tam na dole Anja wyciągnęła rękę i poczęła kreślić dziwne gesty. Dołączyła do tego słowa, które towarzysząca jej jeszcze czarodziejka mogła zidentyfikować jako zaklęcie rzucone w smoczym, ale w dziwny, śpiewny sposób. W pełni skupiona na swym działaniu dziewczyna oczekiwała na rezultaty.
Ostatnio zmieniony przez Nadia 2009-09-08, 11:03, w całości zmieniany 3 razy  
 
 
 
Uriel 
Gracz


Wiek: 20
Dołączyła: 18 Lis 2006
Wysłany: 2009-08-24, 19:30   

Jibrill

Stała dokładnie za krasnoludem, gdy ten z pełnym rozmachem skoczył w dół i nie trzeba było jej dwa razy powtarzać niczego. Gdy tylko baryłkowate ciałko Ruuda zniknęło w mroku wskoczyła za nim, cicho lądując na dole, akurat w momencie, gdy z ciemności wyłoniło się pierwsze, opancerzone robactwo. Dziwna była jej reakcja, bo o ile na twarzy innych zaraz wykwitło obrzydzenie, czy inne pochodne takowego uczucia w jej oczach widać było niepoprawną wręcz fascynację i coś, co w ostateczności można nawet było nazwać radością. Tak naprawdę nie potrzebowała potwora żywego, toteż prawą dłoń mocniej zacisnęła na rękojeści swego miecza, a prawa szybko wykonała prosty gest.

- Jeżeli to nie problem... - sapnęła, wypuszczając z dłoni lśniący w mroku jaskini pocisk, którym w mgnieniu oka cisnęła w jednego z potworów. - Jeden w miarę nie zmasakrowany, mi wystarczy.

Oczyma naukowej wyobraźni już wybiegała do chwili, w której w ciemnościach własnej pracowni stoi nad truchłem żuka i przecina je srebrnym sztyletem. Szybko jednak skarciła się w myślach i skupiła na rzeczywistości. By móc przeprowadzić wszystkie badania musiała wpierw zdobyć obiekt badany, a ten bynajmniej nie miał ochoty poddać się tak łatwo. Szczerze mówiąc jego ogromne żuwaczki mogły i jej skutecznie wybić chęć przeprowadzenia eksperymentów z głowy.
 
 
 
Gantolandon 
Gracz


Wiek: 25
Dołączył: 21 Sty 2006
Wysłany: 2009-09-01, 23:08   

Wskoczyli do nory, nie bacząc na niebezpieczeństwo. Parm natarł już z mieczem na człowieka, z którego barków wystawała głowa olbrzymiego owada. Ten wymachiwał żuwaczkami niebezpiecznie blisko jego twarzy, raz nawet rozcinając jego policzek. Baronet raz po raz zadawał ciosy, ale jego broń odskakiwała zaraz po zagłębieniu się w skórzaną zbroję "bandyty". Zupełnie, jakby ukrywał pod nią zbroję płytową.

- Pomodzzzzzzzzy! - wrzeszczał w tym czasie drugi chrząszcz, ukrywający się pod ludzką skórą. Nie schował jeszcze wystających mu z szyi żuwaczek, ale środkową parę nóg zdołał już jakimś cudem wciągnąć pod skórę. Wyglądał niesamowicie sztucznie i w tej chwili już nikt nie pomyliłby go z człowiekiem - tak jak nikt nie pomyliłby z koniem człowieka w karnawałowym kostiumie. Jednak głos, jakim wyło monstrum, błagając o zmiłowanie, z każdą chwilą coraz bardziej przypominało ludzki. Przynajmniej do momentu, w którym przestało błagać, stanęło na dwóch kończynach i rzuciło się do walki.

Orszak barona ruszył do boju. Jibril cisnęła magicznym pociskiem w chrząszcza w skórzance, który jednak najwyraźniej nawet tego nie zauważył. Szarżujący na niego Ruud lekko zbił go z pałantyku, zwłaszcza, gdy w końcu sieknął go toporem w tułów, wbijając go nieco.

- Jebany nieludźźźźźźźźż - bzyknął owad, nie zdając sobie chyba sprawy z groteskowości sytuacji. Machnął solidnie ramieniem ogłuszając krasnoluda. Obrócił aparat gębowy ku niemu i zwarł żuwaczki, ale nieco źle wymierzył odległość i obciął tylko Ruudowi spory kawał brody.

Tymczasem Bisclavret zwarł się z drugą bestią, szarpiąc jej skórę pazurami i usiłując odgryźć głowę. Szybko przekonał się, że ma do czynienia z równym, jeśli nie lepszym, przeciwnikiem. Chrząszcz był niezbyt silny, ale żuwaczki miały niesamowity zasięg. Nie minęła nawet chwila, jak zagłębiły się w jego ręce, odcinając sobie spory kawał mięsa i zmuszając "wilkołaka" do szybkiego wycofania się poza zasięg jej ramion.

Anja usiłowała w tym czasie zbadać sytuację z góry. Przy otworze zapanował niespotykany chaos, bo chyba każdy już zdołał usłyszeć krzyki. Kochanka Parna nie zamierzała zrezygnować, pomimo okrzyków jednego z dziesiętników.

Rzucony czar ukazał jej silne źródło magii znajdujące się w głębi jaskini. Poświecenie jednak magicznym światłem nie przyniosło rezultatów. Rozjaśniło tylko nieco sytuację na dole. Mając jednak dobre pole widzenia, kobieta postanowiła sama trochę pomóc. Wyciągnęła kuszę zza pazuchy...

- Odsuńcie się, panienko! - dziesiętnik spróbował ją odsunąć. Anja szarpnęła się z gniewem, wpadając na stojącego obok żołnierza i wpychając go do dziury. Poczuła silne pchnięcie z tyłu i sama straciła równowagę. Przez moment miała wrażenie, że to wlot do dziury ruszył na nią, pochłaniając ją i wszystkich dookoła. A potem uderzyła klatką piersiową o ziemię i straciła dech.

- Anja! - krzyknął Parm, oglądając się w jej stronę. Przez moment kobieta widziała wyraźnie jego rozświetloną twarz i potężne żuwaczki - jedna po prawej, druga po lewej stronie jego szyi. I wtedy światło zgasło, a wrzask urwał się w zarodku. W półmroku tylko z grubsza widać było upadającą, bezgłową sylwetkę.

Kolejne krzyki rozległy się, kiedy do pomieszczenia wpadło więcej zbrojnych. Większość pochodni zdmuchniętych została przez niespodziewany powiew wiatru, który przeszył wszystkich zimnem. Jakiś człowiek potknął się o stertę kości i wyłożył jak długi. Usiłujący powrócić do walki krasnolud niemal wpadł na niego i tylko to uratowało go przed cięciem ze strony nagiego chrząszcza, który w tym momencie uderzył na niego z boku. Zaklął, uskakując w bok i zderzając się ze ścianą. Zamiast spodziewanego oporu, poczuł pustkę. Wiatr z furią uderzył w jego twarz, kiedy zniknął wszystkim pozostałym z pola widzenia.

I tylko Anja wiedziała, że znalazł jej źródło magii...

Pierwszy z chrząszczy uporał się już z pechowym zbrojnym, który wpadł na niego i ruszył na Jibril. Nie docenił czarodziejki, z której palców trysnęły płomienie. Ubranie byłego zbójcy zajęło się ogniem, ponownie rozświetlając pomieszczenie. Ten wrzasnął prawie jak człowiek, rozpaczliwie wymachując rękami. Żuwaczki naprzemiennie otwierały się i zamykały. Kobieta wykorzystała tę chwilę, aby szarpnąć leżącą Anją.

- Uciekaj, do cholery! - wrzasnęła - Za krasnoludem!

Rozpędziły się, kilkoma susami przesadzając pomieszczenie. Nagi chrząszcz usiłował przeciąć im drogę, jednak stracił równowagę, odepchnięty przez Bisclavreta. Tak naprawdę nie wiedziały, co chcą osiągnąć. Kiedy już prawie dotknęły ściany, myślą przygotowywały się już na uderzenie. I, oczywiście, nastąpiło ono... ale dużo, dużo później.

Futrzasta istota skoczyła za nimi i wrzaski nagle ucichły...


Gdzieś

...ustępując przeraźliwej kakofonii dźwięków.

Wiatr. Wrzask. Zimno. Ból w barku. Uderzenie w biodro. W stopę. W kolano. Spadanie poprzez czarną pustkę, przerywane co jakiś czas kolejnymi razami. Bębenki w uszach ledwo wytrzymywały, atakowane przez przeraźliwy hałas i wypełniając całe ciało przeraźliwym bólem. I w końcu miłosierne uderzenie w głowę, które wtrąciło go z powrotem w pustkę. I tylko wicher wył gdzieś w oddali...

**

Odrętwiałe, obolałe ciała spoczywały w czymś, co mogło być tylko splecioną z lin siecią. Podmuchy powietrza owiewały ich odsłonięte kończyny i twarze, ziębiąc je i wysysając z nich ciepło. Kakofonia ucichła, pozostawiając po sobie tylko odległe wycie. Raz po raz słychać w nich było gwizdy, bądź też wiatr przyjmował ten charakterystyczny ton, podobny do ludzkiego krzyku. Bardzo podobny.

- Witajdzzzzzzie... - usłyszeli nagle głos za sobą.

To zachęciło ich do obrócenia się w tamtą stronę. Bardzo gwałtownego.

Wciąż znajdowali się w jaskini, sądząc po wszechobecnej ciemności i czarnych, kamiennych ścianach. W pewnej odległości od sieci stała grupa ludzi w płaszczach, z których niektórzy trzymali w dłoni słabo świecące latarnie. Wyglądali normalnie, o ile nie zwracało się uwagi na drobne szczegóły. Co gorsza jednak, niektórzy trzymali w dłoniach kamienne pałki. I większość spojrzeń zdecydowanie nie była przyjazna.

- Witajcie w Przedsionku - jeden z mężczyzn wysunął się na czoło - Nazywam się Anton i jestem przedstawicielem Konsorcjum. Co was tu sprowadza?

Przyjazny ton mocno kontrastował z wyraźną wrogością okazywaną przez pozostałych.
 
 
 
Nadia 
Gracz
Madame Butterfly


Wiek: 24
Dołączyła: 23 Sty 2006
Skąd: poznan
Wysłany: 2009-09-08, 10:34   

Anja

Otocznie jakby zwolniło przesuwając kolejne obrazy w zwolnionym tempie. Upadek, trwający mikrosekundy, dla świadomości dziewczyny ciągnął się godzinami. Później olbrzymi ból w klatce piersiowej, utrata oddechu i okrzyk Parma. A potem jego zdekapitowane ciało osuwające się na ziemie.
- NIE!!!
Przeraźliwy wrzask odbił się od ścian i ginąc ostatecznie w szczęku walki. Jeden z chrząszczy zwrócił swą uwagę na leżącą dziewczynę, ale jakiś bohater zasłonił mu drogę. I zginął iście bohaterską śmiercią.
- Uciekaj, do cholery! Za krasnoludem!
Czarodziejka postawiła ją na nogi i pociągnęła za sobą. Prosto na ścianę, prosto na teleport...

***

Kolejne uderzenie nie bolało już tak bardzo, a przynajmniej nie tak jak straszna kakofonia raniąca wrażliwe uszy. Anja miała wrażenie, że zapomniała o czymś bardzo, ale to bardzo ważnym, głowa ją tak strasznie bolała. Próbowała sobie przypomnieć. Mocno, jeszcze mocniej... Zapadła w ciemność.

***

Długo dochodziła do siebie. Tak naprawdę odzyskała świadomość dopiero gdy tamci się odezwali.
- Witajcie w Przedsionku. Nazywam się Anton i jestem przedstawicielem Konsorcjum. Co was tu sprowadza?

Byli jacyś dziwni, złowrodzy, straszni. Anja przełknęła ślinę i końcu postanowiła się odezwać.
- Jestem Anja, my.. chyba przeszliśmy tu przez portal prosto z baronii Jemaine.
Parm... już wiedziała o czym zapomniała. Nagły skurcz w okolicach klatki piersiowej sprawił, że znów zrobiło jej się niedobrze, a łzy same napłyneły do oczu.
 
 
 
Uriel 
Gracz


Wiek: 20
Dołączyła: 18 Lis 2006
Wysłany: 2009-09-09, 11:30   

Jibril

Wszystko potoczyło się szybko. Tak szybko, że nawet ona nie wiedziała co się naprawdę stało, a ostatnim co pamiętała nim straciła przytomność to młodego barona, potwora za nim i ten przeklęty skok, po którym urwało się wszystko.

Jęknęła, czując przeraźliwy ból w obitym boku. W jednej chwili przed oczami stanęła jej walka w grocie i to dziwne uczucie, która tak rzadko zwykła odczuwać. Poczucie, że zawiodła. Że mogła być szybsza, że mogła spróbować. Zacisnęła dłoń w pierś i uderzyła nią o kamień, jednocześnie nie pozwalając, by kłębiące się w głowie, czarne myśli przesłoniły jej całkowicie wszystko. Dźwignęła się na nogi i spróbowała rozejrzeć się dookoła. Z kamienną twarzą spojrzała na tych, którzy ich przywitali, chociaż 'przywitali' chyba niezbyt pasowało do stanu rzeczy. Poza tym, który wyszedł na przód, reszta spoglądała na nich raczej mało przyjaźnie, a Jibril szybko zauważyła, że zgraja, choć na pierwszy rzut oka wygląda normalnie, na drugi już z tą normalnością było nieco gorzej. Sprawne oko szybko wychwyciło dziwaczne, jakby niekontrolowane ruchy niektórych z nich. Jeden z całych sił próbował drapać się przez odzianą, skórzaną zbroję, a minę miał co najmniej nietęgą, jakby stanie tu, w tym ubraniu było najgorszą na świecie mordęgą. Jednak na dłuższą metę jej uwagę przykuł osobnik stojący nieco dalej od słabego światła lampy. Widziała go dość wyraźnie, nie mogła nie zauważyć łuski pokrywającej połowę jego twarzy. Chociaż sporo świata w swym krótkim jak dotąd życiu zdążyła zwiedzić, nie przypominała sobie by kiedyś spotkała się z kimś takim. Co gorsza, niby ludzka sylwetka nie przypominała też żadnej bestii którą mogłaby zobaczyć w księgach.

- Konsorcjum? - zapytała, a je niski głos w jaskini zabrzmiał jeszcze gorzej. - Nie wydaje mi się, bym kiedyś słyszała tą... nazwę?

Kątem oka spojrzała na łkającą cicho Anję, jednak jej nie drgnęła nawet powieka, może jedynie kąciki ust, gdy jj pytanie zawisło w powietrzu. Szybko jednak znów skierowała swe jaskrawo zielone oczy na Antona, w któremu przyglądała się z nieukrywaną ciekawością. Coś w duchu mówiło jej, że chyba są daleko od baronii...

- Nazywam się Jibril Tudershvank i jestem nadwornym magiem w baronii Jemaine. Chciałabym wiedzieć gdzie jesteśmy... i co tu się dzieje. - powiedziała twardym tonem.
 
 
 
Christoff 
Wąpierz


Wiek: 27
Dołączył: 20 Sty 2006
Skąd: Opole
Wysłany: 2009-09-09, 13:08   

Ruud Suurbier

- Co nas tu sprowadza...? - zaczął z wahaniem krasnolud. Nie bardzo rozumiał całą sytuację. Wciąż miał przed oczami obraz chrząszcza odcinającego Parmowi głowę. Zrobiło mu się niedobrze. - Przed chwilą walczyliśmy z jakimiś paskudnymi robalami w ludzkich skórach, a potem nagle znaleźliśmy się tutaj. Jakiś tunel w skale albo co? Nie wiem. W każdym razie miejcie się na baczności, to robactwo było diablo wielkie i pewnie zaraz tu przylezie.

Wśród grupki ludzi rozległ się cichy pomruk. - Taaa. Murski - kiwnął głową Anton - Znamy je tu.

Ku zdziwieniu krasnoluda, nie wydawali się poruszeni możliwością wtargnięcia tu grupy krwiożerczych żuków. - Skoroście tacy poinformowani, może mi powiecie gdzie jesteśmy? Zdawało mi się, że wcale nieźle znam geografię Furyondy, ale nie wiedziałem nic o lezących tu dziwnych podziemnych krainach, zamieszkałych przez murski. - rzekł z przekąsem.

- Co to jest Furyondy? To gdzieś w Pierwszej? - zapytał Anton.

- Nie wiem o czym gadasz, człeku. Jesteśmy w jakiejś jaskini pod Furyondy. Królestwem Furyondy. Nie znacie świata na powierzchni? - odparł oschle Ruud.


Jeden z rosłych mężczyzn w tłumie zarechotał. - Toście zawędrowali, skurle! - zawołał - Nie ma żadnej powierzchni.

Anton westchnął ciężko. - Zawsze mnie to jeżyło w Sigil - westchnął - No więc tak... skądkolwiek nie przyszliście, to miejsce jest nieco... inne.


- Możesz być nieco bardziej precyzyjny? Nie rozeznuję się całkowicie na sztuczkach magów, wnioskuję jednak że miało tu na rzeczy coś z magią związanego. - do Ruuda zaczęło w końcu docierać, co się stało.


- Jesteście na innym planie. Ten, na który trafiliście, nazywa się Pandemonium i nie jest najlepszym miejscem na wycieczki.

- Macie przesrane jak lemur w Otchłani - wyjaśnił mężczyzna obok.


- A czym na Moradina jest Pandemonium i jak się tu do pioruna znaleźliśmy? I co wy tu robicie, skoro to nienajlepsze miejsce na wycieczki, druhu? - spytał krasnolud tonem z trudem skrywającym irytację niezrozumiałą sytuacją, w jakiej się znalazł.


- A czy my jesteśmy tu na wycieczce? - westchnął Anton - Tu znajduje się osada...

- NASZA osada
- dodał mężczyzna z pałką.
- ...dokładnie, ich osada. A w niej posterunek Planarnego Konsorcjum Handlowego.

- Czym jest Pandemonium, sami się przekonacie
- odezwała się kobieta z eskorty - I to całkiem niedługo.


- Ech - Ruud westchnął. Dogadanie się z tą zgrają wydawało się zajęciem ponad jego siły. - Wcale nie mamy zamiaru się o tym przekonywać. Pokażcie nam drogę powrotną do Furyondy i już nas tu nie ma - spojrzał na tego, zwącego się Antonem. Wiedział już, że odpowiedź jaka padnie nie usatysfakcjonuje go bardziej niż poprzednie.


Anton westchnął. - Obawiam się, że nie wiem, co to jest "Furyondy". A co dopiero, jak tam się dostać.


- Do pioruna, mówisz to takim tonem, jakby przybysze z nieznanych ci krain wyskakiwali w tym całym Pandemonium jak z kapelusza każdego popołudnia. - rzekł już z wyraźną irytacją Ruud.


- Mieszkałem w Klatce. Tam ciągle trafiają się przybysze z nieznanych krain, którzy używają słowa "południe".


- Skoroś taki obeznany bratku, może poradzisz nam, co według ciebie możemy teraz zrobić? Może w okolicy mieszka jakiś mędrzec, który mógłby nam pomóc poszukać drogi do domu? - powiedział ironicznie krasnolud, nie licząc na jakąkolwiek konstruktywną ewolucję tej wymiany zdań.


- W okolicy tylko wyjce i murski, obawiam się. Możecie poczekać na karawanę do Wielkiego Domu Wariatów i udać się stamtąd do Sigil. Jeśli tam nie będzie przejścia, to już nie wiem, gdzie moglibyście szukać. - wyjaśnił mu nadzwyczaj uprzejmie Anton.


Ruud rozejrzał się smutno po towarzyszach. Kobiety nie wyglądały na bardziej zorientowane w sytuacji od niego. Wilkopodobne stworzenie w ogóle nie wyglądało. - Domyślam się, że jeśli spytam o Dom Wariatów i Sigil, usłyszę że sam się niebawem przekonam. Powiedz mi tylko, kiedy rusza ta karawana i gdzie moglibyśmy się do tego czasu zatrzymać? - zapytał z rezygnacją. Odpowiedź padła niemal jednocześnie.

- Nigdzie - warknął mężczyzna z pałką.

- Tu? - zaproponował Anton. Obaj spojrzeli na siebie. W powietrzu zaiskrzyło od napięcia. - To nasze leże, wiesz o tym - człowiek z pałką wyszczerzył zęby.
- A gdzie indziej mają pójść?
- Choćby i do samej Otchłani.
- Nawet nie przedrą się przez tunele.
- I?
Anton namyślił się na moment. - Zatrudniłem ich właśnie. Do ochrony karawany. Jako pracownicy Konsorcjum, mają prawo do zatrzymania się w Przedsionku.

Ruud wyszczerzył zęby w zdumieniu. Życzliwość tego Antona przekraczała jego pojmowanie. Nie mogła być całkowicie bezinteresowna. Mimo wszystko, jego propozycja była jakimś wyjściem. Chyba jedynym sensownym, jakie jawiło się w tym chaosie do jakiego trafili. Spojrzał na towarzyszy.
- Jestem za tym, żeby przyjąć jego propozycję. Jakieś sprzeciwy?
_________________
Respect my authority

---

"Bycie sobą to określenie takiego krystalicznego stanu, w którym bylibyśmy wręcz "archetypiczni", tacy, że w każdym czasie, miejscu, życiu bylibyśmy tacy sami, mimo wychowania czy świata." - cytat stulecia
 
 
 
Gantolandon 
Gracz


Wiek: 25
Dołączył: 21 Sty 2006
Wysłany: 2009-09-30, 21:45   

Sprzeciwów nie było.

- No, to mamy to z głowy - Anton wydawał się być usatysfakcjonowany. Jego oponent przez krótką chwilę wyglądał, jakby miał zamiar rzucić się na niego z pięściami. Splunął jednak tylko na ziemię i wzruszył ramionami.

- Trzymaj skurli z dala od nas - warknął na odchodnym. Niemal cała grupa odwróciła się, powiewając wełnianymi płaszczami i ruszyła w mrok. W okrągłym tunelu pozostał jeden mężczyzna, który rozglądał się szklistym wzrokiem. Z kącika ust ciekła mu strużka śliny. Anton podszedł do niego, skierował w stronę oddalających się coraz bardziej świateł i pchnął delikatnie w tamtą stronę.

- Nie, żebym poganiał, ale warto wam znaleźć leże - stwierdził - Tu nie jest bezpiecznie. Wyjce nauczyły się, że w sieciach czasem mogą znaleźć sobie coś do żarcia.

Ruszyli w stronę, w którą udała się niezbyt przyjazna grupa. Wiatr wył przez cały czas. Jego ton to wznosił się, to opadał, bez żadnego wyraźnego wzorca. Od czasu do czasu zdawało się, że jego dźwięk coś przypomina: dawno zapomnianą melodię, płacz kobiety czy nawet oszalały śmiech. Kiedy tylko jednak umysł któregokolwiek z wędrowców zdołał się skupić na nim, odgłosy wiatru natychmiast wracały do normy. W ogóle wsłuchiwanie się weń i jednoczesne utrzymywanie koncentracji okazało się straszliwie męczącym dla umysłu zajęciem. Trudno było powiedzieć, jakim cudem miejscowi to wytrzymują.

Korytarze też wyglądały paskudnie. Po kilku zakrętach nawet Ruud stracił orientację i nawet na mękach nie potrafiłby wskazać drogi powrotnej. Gdy tylko próbował odtworzyć sobie w pamięci drogę, którą przebyli, wychodził mu kompletny bezsens. Parę razy zdawało mu się, że idą pionowo w górę. Innym razem mógłby przysiąc, że szli po ścianie tunelu. W końcu postanowił wyjaśnić to raz na zawsze.

- Czekajcie chwilę - burknął i skierował się ku miejscu, w którym podłoga zmieniała się w ścianę. Ku swemu zdziwieniu, bez jakichkolwiek kłopotów szedł dalej i dalej w górę. Ściana zrobiła się już niemal pionowa, a potem zaczęła znowu przechodzić w poziom. W końcu zatrzymał się i spojrzał w górę. Cała reszta stała na suficie. Nie - to on stał na suficie.

Nastała krótka chwila konsternacji.

- Śmiesznie jest, jak korytarz jest niski i skoczysz tak, żeby przekroczyć połowę jego wysokości - stwierdził Anton - Spróbujcie kiedyś.

Z góry rozległ się odgłos puszczanego pawia. Wszyscy uchylili się odruchowo, spodziewając się śmierdzącego deszczu. Na szczęście okazało się, że dla Ruuda w tym momencie dół jest skierowany ku górze. Cokolwiek by to nie znaczyło.

Po kilkunastu minutach podróży dotarli w końcu do miejsca, w którym tunel się rozszerzał. "Przedsionek" okazał się być niewielką wioską usytuowaną na jego obwodzie. Z czarnego, skalistego podłoża wyrastały niewielkie chatynki, zbudowane z kamienia, skór i czegoś, co do złudzenia przypominało pancerze mursk. Jedynym oświetlenie stanowiły osłonięte szkłem lampy zamocowane na długich tykach, kiwające się na wietrze. W oddali majaczył kwadratowy budynek, osłonięty czymś w rodzaju prowizorycznego muru sięgającego przeciętnemu człowiekowi do piersi.

Cała ta osada wyglądała paskudnie pusto, jeśli nie liczyć kilku ubranych w płaszcze ludzi, przechadzających się pomiędzy chatynkami. I dwóch ludzi, z których jeden siedział na wózku. Tym kimś był...

- Charles! - Anja zorientowała się pierwsza.

Wiatr zawiał po raz kolejny w dość charakterystyczny sposób. Nie wiedzieć czemu, kobieta miała wrażenie, że ją przedrzeźnia.
 
 
 
Nadia 
Gracz
Madame Butterfly


Wiek: 24
Dołączyła: 23 Sty 2006
Skąd: poznan
Wysłany: 2009-10-04, 15:50   

Anja

Nieustanne łkanie było zagłuszane przez wiatr, idąc za wszystkimi niczym pokorne ciele nie słuchała słów ich wybawcy. Jej całe jestestwo było przepełnione podwójną stratą, którą doznali, a przejmujący, irytujący wicher nieomal rozłupywał dziewczynie czaszkę na dwie polowy. Nawet eksperymenty krasnoluda, które w każdym innym przypadku sprowokowały by Anje do własnych prób, nie odwróciły ciężkich myśli.

Jako taką trzeźwość umysłu uzyskała dopiero gdy wyszli do wioski. Rozejrzała się uważnie po raz pierwszy zadając sobie arcyważne pytanie " Gdzie my do cholery jesteśmy?!". Nie dane jej było jednak chociaż podjąć próby znalezienia odpowiedzi na to pytanie.

- Charles!
~Charles, Charles, Charles~


Dudniący prześmiewczo wiatr nie powstrzymał jej ani na moment. Rzuciła się pędem do fotela i podniosła na mężczyznę spłakane oczy.
- Ty żyjesz.

Błyskotliwość tego stwierdzenia była nieomal oszałamiająca. Gdyby jeszcze dzisiejszego ranka ktoś przedstawił jej opowieść z podobnymi dialogami zabiła by go śmiechem. Tak się jednak składało, że nie była to opowieść, a Anja była na granicy załamania nerwowego.
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group