Bissel Strona Główna Bissel
Forum poświęcone grom fabularnym

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Proces Frankensteina
Autor Wiadomość
Magnificate


Dołączył: 28 Sty 2006
Wysłany: 2009-09-24, 14:58   Proces Frankensteina

Proces Frankensteina: Wielka Wojna 1914-1921


Adam Bielau siedział w zadymionym barze w pobliżu dworca kolejowego w Bastogne, odpoczywając po wielogodzinnej podróży z Breslau. Wjazd do okupowanej Belgii nie był w tych czasach rzeczą prostą, ale młodu mężczyźnie korzystając z giętkiego języka i osobistego uroku udało się dołączyć do wojskowego transportu. Bielau w podobny sposób przekonał właściciela baru, by ten nie zasłaniał się brytyjską blokadą i przygotował mu podwójną kiełbasę na gorąco nie żałując do tego musztardy. Wąsaty Walończyk odbił sobie jednak te dwie kiełbasy i musztardę czyniąc z Adama mimowolnego słuchacza swoich narzekań. Utyskiwał nie tylko na trwającą wojnę i okupację, ale przede wszystkim na swoją żonę, zupełnie nie przypominającej młodej i pięknej panienki, z którą się ożenił dwadzieścia lat temu.

- A ja wam mówię, Panowie, że z tego nic nie będzie. – przygarbiony mężczyzna z sąsiedniego stolika podzielił się swoimi głębokimi przemyśleniami.
- Po mojemu, z tej wojny przynajmniej tyle dobrego przyjdzie, że tu będzie tu Walonia, a nie Belgia. – Bielau wielokrotnie słyszał podobne wypowiedzi kanapowych polityków i ufając swojemu doświadczeniu w tych sprawach nie przyłączył się do dyskusji – Takie wieści krążą po mieście i tak pisali w gazetach.
- Bzdura! Po wojnie tu, w Luksemburgu, i w ogóle wszędzie w Europie nastaną Niemcy. Rosjanie na wschodzie już prawie pobici, a na zachodnim ofensywa trwa i Kaiser obiecał przełom. Nie dalej jak za rok przypomnicie sobie moje słowa! – wtrącił się ktoś z wyraźnym niemieckim akcentem.
- Młody, nie dalej jak za rok to ty będziesz gnił w okopach. Już się twój Kaiser szykuje na pobór twojego rocznika. – mężczyzna z twarzy wyglądał na niewiele młodszego od Adama, którego wkrótce Wielka Wojna mogła osobiście dotknąć.

Badacz historii po skończonym posiłku opuścił lokal i skierował swoje kroki na ulice Bastogne. Przed wojną zwiedził to miasto w towarzystwie Franza Berlinga, więc tym razem nie rozpraszała go potrzeba zajrzenia do kościoła St. Pierre i jego średniowiecznych chrzcielnic, czy Porte de Trèves, fortyfikacji wzniesionych w czternastym wieku przez Jana Luksemburskiego. Rzecz jasna, idąc brukowanymi uliczkami Adam chłonął atmosferę starego miasta ukrytego wśród gęstych lasów Ardenów. Niestety atmosferę tę psuł miarowy krok żandarmów w charakterystycznych pikielhaubach i jazgot przejeżdżającego obok wozu strażackiego.

Gdy Adam Bielau uniósł wzrok dostrzegł, że smuga czarnego dymu unosi się nad ulicą, w kierunku której zmierza. Przyśpieszył kroku. Zanim dotarł na miejsce tłum gapiów zdążył już otoczyć antykwariat. Niemieccy żandarmi zorganizowali wiadra i ustawili ludzi w szeregu do gaszenia pożaru. Sąsiednie budynki dało się jeszcze uratować, ale ogniste języki trawiły wszystko co znajdowało się w antykwariacie i w mieszkaniach na wyższych piętrach. Nagle przez szelest płomieni przebił się krzyk kobiety wychylającej się przez niewielkie okienko na strychu . Ogień odciął jej jedyną drogę ucieczki, a panika nie pozwalała podjąć rozumnego działania.

Był szósty sierpnia, roku pańskiego 1917, poniedziałek.
 
 
 
Bielon 
Rzeźnik
Rzeźnik


Wiek: 36
Dołączył: 21 Sty 2006
Wysłany: 2009-09-26, 16:48   

Adam Bielau


Bastogne. Adam zdecydowanie wolał flamandzką nazwę tego urokliwego miasteczka. Bastenaken brzmiało w jego uszach podobnie równo, metrycznie i miarowo jak słowo „kazamaty” a wąskie uliczki miasteczka w jego starej części przypominały ślązakowi tunele pod fortem w Nysie. Miasto miało mnóstwo zakamarków w których mógłby przesiadywać godzinami i czytać, czytać, czytać. Gdyby nie to, że to Bastogne przywiało go w zupełnie innym celu, oraz gdyby uroku starych uliczek nie psuł wszędobylski stukot podkutych żołnierskich buciorów. Przelotne spojrzenie na trzymającego naręcze gazet gazeciarza uzmysłowiło Adamowi, iż proces Maty Hari był tym, czym najbardziej żyli Walonowie. Margaretha Geertruida McLeod z domu Zelle, tancerka której uroda nie była obojętna dla żadnego normalnego mężczyzny, która w Paryżu robiła furorę pod przybranym pseudonimem, skazana w zeszłym miesiącu za szpiegostwo na rzecz Niemiec, nie schodziła z czołówek gazet. Adam się w sumie temu nie dziwił. Piękna kobieta, belgijka, musiała być dla wszystkich kimś ważnym. Zwłaszcza teraz. Jednak nawet Adam podzielał powszechne przekonanie, że nic jej się złego nie stanie. Jej skazanie na śmierć było jedynie gestem. Bo i zarzuty jej stawiane były mocno naciągane. Ta wojna trwała już zbyt długo i chłonęła coraz więcej ofiar. Coraz dziwniejszych ofiar. Adam miał świadomość, że i jego ten wątpliwy zaszczyt może spotkać. Wolał o tym jednak nie myśleć.



Podążając bezwiednie, niczym ćma do światła, Adam plątaniną ulic dotarł do z każdą chwilą bardziej gwarnego miejsca. Naraz otoczyły go kłęby dymu, krzyki ludzi, świst żandarmerskich gwizdków i stukot podkutych butów żołdaków. Pożar. Już pierwszy rzut oka sprawił, iż pod Adamem ugięły się nogi. Antykwariat Bergmana był mu dobrze znany. Samego właściciela Bielau nie znał, ale tu właśnie przecież znalazł „Querela Capituli contra mgrum Albertum et eius ordinem super iniuriis irrogatis 1521 sub induciis belli” Mikołaja Kopernika. Fakt, nie udało mu się tego kupić a książka na drugi dzień już zniknęła ku rozpaczy Adama, ale wiedział, że kiedyś tu po nią wróci. Bo, że nie zmieniła właściciela, tego był pewien. I w zasadzie wrócił. Tylko zupełnie nie tak, jak to sobie wyobrażał.



- Tam ktoś jest! – krzyk jednego z gapiów zwrócił uwagę większej ilości osób. Tylko, że w zasadzie byli to jedynie obserwatorzy jej agonii. Nie miała żadnych szans wydostania się z ogarniętego płomieniami więzienia. Adam jednym spojrzeniem ocenił sytuację i od razu zrozumiał, że nikt jej nie pomoże.



Nie namyślając się długo chwycił zwój liny, który w starannie zwiniętym pęku wisiał z tyłu wozu drabiniastego. Drugiego, który przybył na miejsce pożaru. Nie było czasu na wyjaśnienia, prośby, tłumaczenia. Należało działać a to było to, co u niego zwykle było na pierwszym miejscu. Błyskawicznie, nie zważając na krzyki kilku gapiów, skoczył ku rozłożystemu klonowi przekładając sobie zwój liny przez ramię. Gdzieś z tyłu rozległ się trzask pękającego z gorąca szkła. Adam wspinał się już po rozłożystym drzewie mierząc w jego koronę, która pochylała się ku płonącej kamienicy. Cudem było, że jej szponiaste gałęzie jeszcze nie zaczęły płonąć. Czasu do stracenia nie było.


- Halt! Stój! Na dół głupcze! Zginiesz! – krzyknął jakiś żandarm, który w końcu zwrócił uwagę na wspinającego się Adama. Tyle, że na zatrzymanie go było za późno. Był już na wysokości drugiego piętra i wciąż się wspinał wyżej zbliżając się do strychu. Jego poziom osiągnął po kilku chwilach, które dla wpatrzonej weń niewiasty w oknie musiały być wiecznością. Czarne kłęby dymu biły w górę a jęzory ognia chwiały obrazem zmieniając go w rozmyty, pustynny miraż. Adam wspiął się jeszcze wyżej świadom tego, że konary klonu zaczynają pod nim trzeszczeć. Jeśli jednak miał dostać się na strych, musiał skoczyć i pokonać dzielące go od dachu jakieś cztery metry. Bez miejsca na rozbieg, na odbicie. Musiał być wyżej. Świadom zagrożenia wychylił się całym ciężarem w jedną stronę, przeciwną do płonącej kamienicy. Tłum na dole westchnął, ale Adam na to nie zważał. Poczekał aż konar osiągnie punkt przegięcia modląc się by nie pękł, po czym wspomógł ciałem ruch konaru w drugą stronę. „Jak na huśtawce!” zauważył podświadomie, po czym w chwili kiedy konar pochylił się możliwie najbliżej kamienicy… skoczył…



Leciał przecież tylko chwilę, ale tłum na dole stęknął i zamilkł. Adam zaś z hukiem wylądował na dachówkach koło okna, po czym jął zsuwać się po nich ku skrajowi dachu. Szybkim ruchem dobył noża i wbił go z trzaskiem pomiędzy dachówki roztrzaskując kilka z nich tak, że jego ramię skryło się pod nimi. Chwycił, coś, szarpnął, zamortyzował uderzenie. Chwilę sapał, po czym podciągnął się w górę, ku oknu. Już po chwili był na strychu, ale tylko po to, by stanąć twarzą w twarz z przerażoną niewiastą…



.
_________________
Bielon "Bielon" Bielon
 
 
 
Magnificate


Dołączył: 28 Sty 2006
Wysłany: 2009-09-29, 18:19   

Wiadra z wodą przestały przechodzić z rąk do rąk, ponieważ wszystkie pary oczu zgromadzone na ulicy obserwowały wyczyn Adama. Dopiero gdy sylwetka bohatera znikła za oknem przytomny żandarm wykrzykując komendy po niemiecku i w łamanej francuszczyźnie zagonił ludzi z powrotem do gaszenia pożaru.
- Sie und Sie! – wskazał na dwóch mężczyzn sprawiających wrażenie zaradnych – Zorganizujcie koc! Schnell! Ten idiota może skoczyć w dół w każdej chwili!

Tymczasem wspomniany idiota przesadził parapet i znalazł się w pomieszczeniu na pierwszy rzut oka przypominającym mieszkanie ubogiego urzędnika bądź studencką kawalerkę. Płomienie się tu jeszcze nie przedostały. Po podłodze i na łóżku były bezładnie porozrzucane książki w szarych papierowych obwolutach, zapieczętowane tekturowe teczki i luźne zapisane arkusze papieru. Na drzwiach półotwartej szafy z ubraniami wisiała mapa ze szpilkami wbitymi w różnych miejscach. Atrament z przewróconego kałamarza rozlewał się czarną plamą na dokumentach rozłożonych na biurku i gęstymi kroplami skapywał na podłogę.

Drewniane klepki plamiła też krew mężczyzny z nożem wbitym między żebra. Człowiek w świeżo odprasowanym wizytowym mundurze Oberstleutnanta krztusił się własną krwią, a jego twarz wykrzywiał grymas bólu. Regulaminowa czapka leżała gdzieś obok, a pusta kabura od pistoletu wisiała na klamce od drzwi wejściowych. Nieznaczny ruch głową świadczył, że ranny oficer zauważył nagłe pojawienie się Adama, ale nie już dość sił by choćby szeptem prosić o pomoc. Pomoc, której z pewnością nie udzieliła spanikowana kobieta. Z drugiej strony, gdyby w tym stanie podjęła próbę ratowania mężczyzny to pierwszą rzeczą, którą by zrobiła byłoby z pewnością wyszarpanie noża z rany, a przecież ząbkowane ostrze było teraz jedyną rzeczą jako tako tamującą upływ krwi.

Bielau spojrzał krótko na nieznajomą w plisowanej spódnicy. Żar i łzy całkowicie rozmazały makijaż czyniąc jej twarz podobną upiora lub innej maszkary. Koszmarny wygląd wzmacniały dodatkowo nienaturalnie wytrzeszczone i przekrwione oczy. W tych warunkach nie sposób było ocenić jej wieku ani narodowości, ale wąska talia i zadbane dłonie wskazywały na nie więcej niż trzydzieści lat.
- Co z nim?
- On! Tam! Morderca! – kobieta krzyczała wskazując drżącą ze strachu dłonią na zamknięte drzwi prowadzące na płonący korytarz. Nieznajoma nie utrzymała spojrzenia na Adamie nawet przez chwilę. Rozglądała się nerwowo. Na drzwi, na okno, to na wykrwawiającego się oficera.

Niezależnie od tego gdzie teraz był morderca, zadany przez niego cios nie był wymierzony w serce. Nóż był wbity po prawej stronie klatki piersiowej, do tego dość płytko. Teoretycznie, nawet z pojedynczym przebitym płucem, mężczyzna mógł zachować życie. Jeśli natychmiast trafi do rąk lekarza.

Od wejścia do pokoju na strychu srebrny zegarek schowany w kieszeni Adama odmierzył równo trzy sekundy. Oczywiście z perspektywy bohatera trwało to o wiele dłużej.
 
 
 
Bielon 
Rzeźnik
Rzeźnik


Wiek: 36
Dołączył: 21 Sty 2006
Wysłany: 2009-10-01, 11:02   

Wpadając do pokoju na strychu Adam spodziewał się ujrzeć coś zupełnie innego. Szybki rzut oka na oficera i nerwowo rozglądająca się niewiastę, która wyraźnie nie martwiła się specjalnie losem rannego, uzmysłowił mu, że coś tu jest nie tak. Błyskawicznie skoczył do drzwi, ale nie zdążył ich uchylić. Pełgające ze szczeliny pod drzwiami smużki dymu mówiły wszystko, pożar dotarł już do drzwi i lada chwila je pokona. Byli odcięci.


- Musimy skoczyć… - powiedział do dziewczyny, ale jej rozbiegany, przerażony wzrok mówił wszystko o jej zdolności oceny sytuacji. Adam dopadł okna spoglądając raz jeszcze na to jak daleko jest ulica. Była zdecydowanie za daleko. Gdzieś tam w dole dwóch żandarmów walczyło z kocem, który niezdarnie próbowali rozłożyć i naciągnąć. Adam wiedział, że siła spadających ciał nie pozwoli im utrzymać koca w rękach i skaczący rozbiją się o bruk. Byli w pułapce.


- Chyba oszalałeś! – krzyknęła przerażona myśląc pewnie, że już zamierza skakać. Tak, to miało by zapewne sens. Wskoczyć do pokoiku na strychu płonącej kamienicy, by zeń zaraz wyskoczyć. Kobiety!


Stojący po drugiej stronie furgon Mercedesa zawadzał żandarmom, którzy próbowali z krzykiem znaleźć jego właściciela. Klon zbyt odległy by nań skoczyć. Lina. Lina pozwalała by się spuścić w dół, ale tam już żywioł hulał w najlepsze. Adam cofnął się desperackim wzrokiem obrzucając pokoik. Leżący poruszył się, próbując podczołgać się choć kawałek. Na jego ustach pojawiał się raz po raz krwawy bąbel. Coś chciał powiedzieć, ale Adam nie miał czasu na spowiedź.


Dach. Adam raz jeszcze skoczył ku oknu i wychylił się zerkając na dach. Myśl, by tędy uciekać była kuszącą, ale jego wzrok szybko złowił dwie krawędzie dachu, kończące kamienicę. „Do diabła!” zaklął, po czym wrócił do pokoju wzrokiem. Jeśli miał coś zrobić, musiał to zrobić szybko. Żyrandol. Duży podobny kotwicy żyrandol zupełnie nie pasował do tego miejsca. Adam skoczył doń i uwiesił się na nim całym ciężarem zrywając go w diabły. Elektryka już dawno wysiadła, gdy paliły się kable niżej. Już po chwili Adam w ręku miał solidny i ciężki żyrandol. Widząc płomienie wypełzające spod drzwi i słysząc narastający huk Adam rzucił się do wiązania kolejnych węzłów na żyrandolu. Miał być przepustką do wolności. Lepiej było więc zrobić to dokładnie. Wiążąc węzeł za węzłem Adam przyjrzał się uważnie papierom rozrzuconym bezładnie na biurku. Jak zwykle wszelkie dokumenty budziły jego zawodową ciekawość, ale wiedział, że nie ma czasu zabawić się w czytelnię. Podobnie mapa z wyznaczoną linią frontu, która również nie miała prawa się tu znajdować. Chciałby mieć czas w nią się zagłębić, wypytać kobietę jak się ona tu znalazła. Tyle, że gonił ich czas.


Kończąc wiązanie skomplikowanych pętli na trzonie żyrandolu i jego ramionach Adam skoczył do okna. Drugi, wolny koniec liny obwiązał sobie w pasie po czym wziął zamach i cisnął żyrandolem na najgrubszy możliwy konar, jaki był pomiędzy oknem a ciężarówką. Pierwszy rzut był niecelny, ale szczęśliwie Adamowi udało się wciągnąć linę, nim zaplątała się w gałęzie. Czując żar na plecach, Adam raz jeszcze wziął zamach i…


Lina pomknęła ku grubemu konarowi, po czym owinęła się wokół niego kilkukrotnie. Adam szarpnął nią, upewniając się, że jest zamocowana wystarczająco, po czym podszedł do oficera i szarpnięciem podniósł go pod ramiona. Tamten stęknął, ale Adam nie zwrócił na to uwagi. Życie boli. Odwrócił się do dziewczyny. Stała tak, drżąca i przerażona nie robiąc niemal nic.


- Chodź! Obwiążemy się liną. Wszyscy. Powinno się nam udać. Nie ma czasu do stracenia!


Pozostało tylko solidnie się przywiązać i… skoczyć.


I modlić się, jeśli o łaskę do Boga.


Adam zbyt wiele widział, by być wierzącym, ale ten jeden raz postanowił zrobić wyjątek…



.
_________________
Bielon "Bielon" Bielon
 
 
 
Magnificate


Dołączył: 28 Sty 2006
Wysłany: 2009-10-05, 12:30   

Na pierwszy rzut oka zdecydowana większość dokumentów porozrzucanych po pokoju była zapisami kwatermistrzowskimi prowadzonymi na użytek wojska. Blankiety formularzy rekwizycji, szczegółowe rozkłady jazdy kolei żelaznej, tabele i spisy wyposażenia. Jednak zawartość niektórych dokumentów nijak miała się do tego, co młody poszukiwacz przygód wiedział o sposobie prowadzenia wojny. Adam mrugnął z niedowierzaniem, gdy przeczytał, że kwatermistrz zgłosił zapotrzebowanie między innymi na trzydzieści kilogramów pyłu granitowego startego z płyt nagrobnych. Dodatkowym powodem do zastanowienia był fakt, że część dokumentów była spisana bez charakterystycznego dla armii niemieckiej porządku i przejrzystości. Za taką ilość skreśleń i poprawek w szkole można było dostać od nauczyciela rózgą po rękach, a na wojnie nawet trafić pod sąd wojskowy za niekompetencję. Adam Bielau dyskretnie wsunął do kieszeni kilka takich dokumentów z zamieram dokładniejszego zbadania w bardziej sprzyjających okolicznościach.

- Odsunąć się! Zrobić miejsce! – wrzasnął żandarm gdy tylko zdał sobie sprawę co oznacza widok żyrandola i trzech osób obwiązanych liną stojących w oknie płonącego budynku.

Adam dał mu tylko kilka chwil na rozproszenie tłumu, po czym obiema nogami odepchnął się od parapetu. Czując pęd gorącego powietrza na twarzy i krew pulsującą w żyłach nie mógł powstrzymać się od wydania okrzyku. Nieznajoma kobieta wtórowała mu świdrującym uszy piskiem przerażania. Ramiona żyrandola wyginały się pod ciężarem trójki ludzi, ale z bożą łaską wytrzymały. Po chwili było po wszystkim. Nie. Lina okazała się zbyt krótka, by stopy Adama mogły sięgnąć ziemi. Dopiero po trzecim wahnięciu zwolnili na tyle, że ludzie mogli bezpiecznie podejść i chwycić rękami i wyhamować trójkę uratowaną z pożaru. Ktoś miał przy sobie nóż, którym zamierzał rozciąć linę.
- Ostrożnie! Ten człowiek jest ranny! – ostrzegł Adam, który przez cały czas lewą ręką asekurował krwawiącego oficera.
- Sanitärer!
- Zróbcie mu miejsce, musi oddychać!
- Widziałeś to? Prawdziwy bohater!
- Sanitärer! – mieszały się dziesiątki głosów, krzyków i szeptów. W końcu przecięto linę i Adam Bielau łagodnie opadł na brukowaną ulicę. Mężczyzna w mundurze rozłożył oficera na prowizorycznych noszach i z pomocą kogoś z tłumu zaniósł go w bezpieczne miejsce. Młodego awanturnika i nieznajomą kobietę również wyprowadzono poza obręb akcji gaszenia płonącego budynku.

- Fräulein, już wszystko w porządku, proszę się uspokoić. – żandarm położył dłoń na ramieniu kobiety, która z braku ławki usiadła na progu do pobliskiej kamienicy. Przedstawiciel prawa zaoferował też chusteczkę dla otarcia twarzy i kiedy upewnił się, że zdoła uzyskać składne odpowiedzi przeszedł do rzeczy.
- Panu, za uratowanie dwóch ludzi z pożaru, i to w jakim stylu, należy się medal. Niestety, nie dało się nie zauważyć noża wbitego w pierś Oberstleutnanta, dlatego do moich obowiązków należy teraz zebranie państwa zeznań.
- Oczywiście. – odrzekł Adam, który sam był ciekaw okoliczności zdarzenia. Tymczasem żandarm ze skórzanej torby wyjął notatnik, końcówką języka dotknął zaostrzony rysik ołówka i rozpoczął przesłuchanie od pytania o imię i nazwisko.
- Adam Bielau. – potwierdził swoją tożsamość przekazując żandarmowi dowód osobisty, z którego ten spisał wszystkie potrzebne dane.
- Schorr, Marta Schorr. – odpowiedziała kobieta bez zastanowienia.
- Fräulein Schorr, czy ma pani przy sobie jakiś dokument?
- Nie. Moja torebka, a z nią wszystkie dokumenty i pieniądze zostały w tamtym płonącym pokoju. – Adam nie przypominał sobie żadnej torebki, ale nie uznał za stosowne mówić o tym w tym momencie.
- Rozumiem, w takim razie bardzo proszę adres zamieszkania, datę urodzenia i imiona obojga rodziców. – żandarm zapisał podyktowane odpowiedzi. Teraz, kiedy kobieta starła z twarzy rozmazany makijaż i sadzę rzeczywiście wyglądała na dwadzieścia sześć lat. Poszukiwacza przygód intrygował jeszcze jeden fakt, ale prowadzący przesłuchanie zaraz zadał podobne pytanie:
- Podała pani adres berliński. Czy można wiedzieć co sprowadza panią do Bastogne?
- Mam podwójne obywatelstwo niemieckie i belgijskie. - wyjaśniła kobieta unikając jednocześnie bezpośredniej odpowiedzi.
- Rozumiem, proszę zatem wyjaśnić jak znalazła się pani na poddaszu płonącego budynku.
- Byłam umówiona na wizytę u znajomej, ale nie zastałam jej w domu. Czekałam dłuższą chwilę, już miałam wychodzić, kiedy poczułam dym i zobaczyłam płomienie. Zaczęłam uciekać na wyższe piętra. Byłam głupia. Kiedy ogień dotarł na korytarz próbowałam dostać się do jakiegokolwiek pomieszczenia, ale wszystkie drzwi były zamknięte. Oprócz tych do tego pokoju. W środku było dwoje ludzi, jeden i oficer i drugi mężczyzna, barczysty i nieogolony. – Marta Schorr w kilku słowach opisała oprycha, a następnie żywo gestykulując dokończyła zeznanie – I wtedy on ugodził nożem oficera. Ale kiedy mnie zobaczył uciekł, a ja nie wiedziałam co zrobić. Gdyby nie pan Bielau z pewnością nie wyszłabym z tego żywa.
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group