Bissel Strona Główna Bissel
Forum poświęcone grom fabularnym

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Zamknięty przez: Jier
2007-01-28, 13:41
Psy Wojny
Autor Wiadomość
Jier 
Real McCoy


Wiek: 103
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: Boulevard of Fools
Wysłany: 2006-11-09, 16:57   Psy Wojny



Psy Wojny


Od stworzenia świata ludzie sprawujący władzę toczyli wojny rękoma innych ludzi, takich, dla których walka była rzemiosłem. W zamian za żołd łupili oni miasta, palili wsie, przesłuchiwali jeńców i nie cofali się przed niczym. Nie walczyli dla kretyńskich wymysłów jak religia, ojczyzna, wolność, honor czy inne bzdurne ideały, dlatego też nie zawodzili. Bili się o złoto, za które kupowali dziwki, alkohol, środki odurzające i oręż. Ci, którym się poszczęściło, kupowali nawet zamki i wsie, lub dostawali je od wdzięcznego pracodawcy, a potem już suwerena – wraz z najróżniejszymi tytułami.
Z czasem wykształciły dwa główne typy takich ludzi – najemni grasanci, których często lokalni panowie wynajmowali do najazdów na włości sąsiadów, czyli palenia, rabowania i gwałcenia oraz żołnierze zaciężni, którzy za wynagrodzeniem służyli jednemu najemcy nawet całe dekady, w końcu osiadając na zdobytych terenach i składając przysięgę suwerenowi. Dla łupieżczych band nie było litości – postępowano z nimi jak ze zwykłymi rozbójnikami, jakimi w istocie byli. Wojska zaciężne obdarowywane ziemią powoli przeistaczały się w regularną armię, co zgrało się w czasie ze stopniowym upadkiem feudalnego modelu wojsk, którego wady tak unaoczniły się w „Masakrze Foulcrey”, jak zwykło się mówić na drugą bitwę pod Foulcrey. Chłopi oderwani od pługa przez władającego wsią rycerza, odziani w przeszywanice i dzierżący włócznie, nie byli w stanie się przeciwstawić karnej, wyszkolonej armii orków. Bogaci herbowi z kolei, woleli się poddać niż ginąć – wierni rycerskiemu etosowi sądzili, że zostaną zwolnieni za okupem, tak jak to zawsze bywało. Orkowie nie znali się na rycerstwie, czy też nie mieli takich skrupułów, i wyrżnęli wszystkich jeńców. W rezultacie zginął kwiat młodzieży Cesarstwa, złupiono i spalono jego stolicę, zabito Cesarza i narzucono olbrzymi haracz.
Niemniej jednak mimo sporo czasu zanim wyłonił się rodzaj wojowników, dla których oprócz złota liczyła się jeszcze jedna rzecz – reputacja. Im większa sława, tym większa cena za ich usługi. Najbardziej znani z tych tzw. „kondotierów” żadali tysięcy florenów i władcy płacili. Choć część kompanii najemnych stosowała się do swoistego kodeksu etycznego, dość płynnego zresztą, to w praktyce za odpowiednią sumkę w złocie mogli zrobić wszystko. Zawodzili rzadko, a dzięki wojennemu kunsztowi, sławie, brawurze i rosnącemu bogactwu oraz wpływom wychodzili cało z większości opresji. A jeśli nawet ktoś dostał nadziakiem przez łeb czy bełtem w gardło – cóż, ryzyko zawodowe. Musiało mu wystarczyć parę stóp ziemi nad głowę i naprędce sklecony krzyżyk – i miecz kładziony na zwłokach. Wszystko inne dzielono między żyjących, w końcu po co trupowi złoto? Dzielili się wszystkim – kobietami, strawą, miejscem do spania, końmi – ale nigdy bronią. Oręż był święty – od niego zależało ich życie, a żeby móc wydać zarobione pieniądze, trzeba przeżyć. Dlatego też najczęściej broń chowano razem ze zmarłym, zwłaszcza jeśli był szczególnie sławnym najemnikiem, aby nikt nie mógł jej więcej używać.
Większość najemników ginęła od ciosu topora lub miecza, ale byli też i tacy, których ciała zwisały z szubienic tak długo, aż same odpadły od powroza. Zdarzało się, że gnili w małych, zatęchłych celach, przylepieni do zakratowanych okienek czy marnieli na galerach, z wypalonym piętnem, przykuci do wioseł. Ich głowy zdobiły blanki zamkowych murów, bywali wleczeni końmi, ćwiartowani, paleni na stosach, często kryli się przed królewskimi wojskami – jednak ci najwięksi byli niemal nietykalni. Wzięci do niewoli wykupywali się za olbrzymie sumy lub zmieniali pracodawcę. Ich nazwiska były gwarantami sukcesu.
Niemniej jednak minęły już czasy gdy w Cywilizowanych Krainach najemnicy traktowani byli jak wynajęci pracownicy. Kiedyś po bitwie mogli powiedzieć „my tylko wykonujemy swój zawód, za to nam płacą” i włos im z głowy nie spadł. Według ówczesnego prawa było to legalne. Z czasem jednak władcy zaczęli zwalczać najemne kompanie, znacznie ograniczając ich liczbę i pozbawiając je zajmowanej dotąd pozycji. Ostatni wielki kondotier, Alexander Morgan, został niemal dwadzieścia lat temu schwytany przez zuryjskie wojska i wraz ze wszystkimi towarzyszami ukrzyżowany na wzgórzu Golgota.
Nie wszyscy jednak kończyli tak jak on czy Ramon Broar, któremu wyłupiono oczy, odcięto kończyny, wykastrowano i wystawiono na widok publiczny ku uciesze gawiedzi. Najemnicy nierzadko stali u boku władców, nosili do boju królewskie chorągwie, byli obsypywani zaszczytami i tytułami, dostawali ziemie i przywileje, robiąc czasem zawrotną karierę od obozowego ciury do udzielnego władcy. Najlepszym tego przykładem mógł być Nicolas Charis, najemnik, który został królem i po dziś dzień jako Nicolas II włada Zuren.
Na polach bitew od Saldy po najdalsze krańce Rubieży, od Północy po pustynie Drakanu i kolonie Nowego Świata, słowem – jak świat długi i szeroki, przelewali krew, pot i łzy, w zamian za złoto. Byli najemnikami, weteranami dziesiątek bitew, zaprawionymi w licznych bojach. Walka stanowiła ich rzemiosło i znali się na tym jak nikt.
Byli już wszędzie, widzieli wszystko i walczyli z każdym.
Byli psami wojny.
_________________
don't worry man, someday I'ma be nobody too
Ostatnio zmieniony przez Jier 2006-11-10, 15:17, w całości zmieniany 4 razy  
 
 
 
Jier 
Real McCoy


Wiek: 103
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: Boulevard of Fools
Wysłany: 2006-11-09, 16:59   

Rozdział I: Spotkanie na szlaku


Dawno już przeminęła złota kadarska jesień - jesień pełna słońca, dżdżu, grzybów i szelestu spadających liści. Nadeszła zima. Śnieg przykrył cienkim całunem drzewa i zmarzniętą ziemię.
Biały puch cicho chrzęścił pod kopytami koni sześciu podróżników. Ich twarze były zaczerwienione od chłodu, ale przynajmniej nie dął wiatr - ten straszny przenikający do kości wicher tak znienawidzony przez wędrowców. Szczelnie owinięci płaszczami, w futrzanych kadarskich czapach chroniących przed zimnem, jechali gościńcem w kierunku Regecs, stolicy Kadaru. Temperatura sprawiała że nie byli zbyt rozmowni, więc jechali w milczeniu. Nie znali się zbyt dobrze, a tyłki bolały od ciągłego siedzenia w siodle, toteż czasem tylko ktoś przeklął na pogodę i szlak. Na przedzie jechał wysoki, brodaty mężczyzna z łukiem przewieszonym przez ramię. Były to jego rodzinne strony, a ponieważ on również jechał do kadarskiej stolicy, podróżnicy z Eisenach zabrali się razem z nim. Teraz pełnił rolę przewodnika i w skupieniu prowadził grupę przez las. Dość dziwną grupę.
Potężnych rozmiarów zwalisty mężczyzna o brzydkiej, pobliźnionej twarzy wyglądał na swoim koniu, jakby jechał na psie, lub conajmniej kucu. Co jakiś czas wydawał z siebie niezbyt towarzyskie charknięcie i popędzał rumaka, który niemal niknął pomiędzy jego potężnymi udami. Dwuręczny topót przewieszony przez plecy wydawał się bronią idealnego dla człowieka jego postury.
Śniady człowiek z kuszą sporych rozmiarów na plecach poprawił zawiązany pod nosem szal i pokręcił głową ze zniecierpliwieniem. Słyszał o kadarskich zimach, ale nie spodziewał się czegoś takiego, szczególnie o tej porze roku. W Saldzie nigdy nie było takich temperatur. Nigdy.
Obok niego na gniadym koniu jechał brodaty mężczyzna. Ubrany w skórzaną zbroję bliżej nieokreślonego koloru bez słowa strzyknął śliną parę jardów dalej, na gościniec. Był już niemal wszędzie, od rodzinnego Surat, po lesistą Talinię i górzyste Eisenach, gdzie spędził ostatnie dwa lata. Niewiele rzeczy mogło go zdziwić.
Na końcu grupy wlókł się ciężko do określenia człowiek w ciemnym stroju. Krótki miecz wiszący u pasa lekko obijał się o koński bok, gdy wierzchowiec szedł po gościńcu.
Choć sroga kadarska zima i wciąż zwiększająca się warstwa śniegu czyniły podróż uciążliwą, to dla takich ludzi jak oni, była to zdecydowanie najlepsza pora na taką wycieczkę. Doroczny festiwal truwerstwa w Regecs, nazywany Świętem Zimy, na który ściągali muzykanci z całego Kontynentu, zapewniał mnóstwo możliwości łatwego zarobku.
Nadejście mrozów zaskoczyło ich w drodze, mniej więcej na kadarskiej granicy. Dzięki znajomościom przewodnika nie mieli problemów z celnikami, którzy okazali się jego znajomkami.
Jedyne co mogli zrobić to ciaśniej owinąć się płaszczami w nadziei, że choć częściowo ochonią one przed chłodem i popędzić konie. Ludzie, którzy nie docierali do Regecs przed nadejściem zimy z reguły już tam nie docierali - jednak oni nie mogli szybciej wyruszyć. Zresztą śnieg, słota czy niepogoda nie były im obce. Niejednokrotnie spali na gołej ziemi, czasem siedząc wokół trzaskającego ognia, czasem nawet i bez tego, za łóżko mając leśną ściółkę.
_________________
don't worry man, someday I'ma be nobody too
Ostatnio zmieniony przez Jier 2006-11-27, 02:07, w całości zmieniany 5 razy  
 
 
 
WitchDoctor 
Gracz
-


Wiek: 25
Dołączył: 06 Lip 2006
Wysłany: 2006-11-09, 17:37   

Nicolas Vandervallen

Siedział na koniu kołysząc się w siodle. Było zimno, nie lubił zimna. Wyobrażał sobie siebie siedzącego przed kominkiem, otoczony pięknymi kobietami i sączącego jakieś dobre wino. Ta, to było życie. Tylko czemu kurwa nie mógł go zakosztować? Kolejny powiew zimnego wiatru zrzucił mu z głowy kaptur. Krótkie czarne włosy wyskoczyły spod okrycia. Krótka bródka, schodząca w dół kanciastego podbródka i rozszerzająca się na boki w kształcie odwróconej litery T. Jego szare oczy zmrużyły się odruchowo nie pozwalając by drobinki śniegu je drażniły. Ubrany był w ściśle przylegający do jego ciała skórzany kombinezon. Dlaczego nie wziął czegoś cieplejszego? W tej chwili jego jedyną ochroną przed mrozem był gruby płaszcz.
- Cholera, do rzyci z taką pogodą. – rzucił od niechcenia do swoich towarzyszy zaciągając kaptur na głowę.

Przypominały mu się walki pod komendą Artura Devante, generała Devante. Nie ważne było czy śnieg, deszcz, czy połowa oddziału zdycha z odniesionych ran. Przeć naprzód, taka była dewiza, a on zawsze na przedzie. Zwiadowcy mieli przejebane i, co łatwo można się domyśleć, ich przeżywalność była minimalna. Znaczy, była minimalna dopóki on nie doszedł do oddziału, co spowodowało minimalny wzrost. Może dlatego, że zawsze szedł drugi? I w razie problemów zawsze dawał w długą. Nicolas uśmiechnął się na tą myśl.
Devante spoko chłop, płacił dobrze, no w sumie dobra płaca załatwiała wszystkie jego problemy. Starczało i na dziewki i na hulanki. Żyć nie umierać. No ale zawsze musi być ten dzień. Dowódca dostał sobie fuchę u Nicosia Charisa. W rzyć chędożony skurkowaniec. Z złością wspominał swoje odejście z oddziału i zajęcie się handlem. No głównie handlem, znaczy, co ukradł to sprzedał. Handel piękna rzecz. Niestety bardzo słabo płatna, w porównaniu do wojaczki. I dziewki nie takie.

Wtedy zdarzyło się coś co mogło mu pomóc w odmienieniu swojego parszywego losu. Generał Devante został wtrącony do lochu. Cóż, nie minęło wiele czasu gdy skrzyknął swoich kamratów z starego oddziału, oraz resztę, która oddzieliła się od Artura. Akcja oswobodzenia Devante’a z lochów długo jeszcze była wspominana. Nie obyło się bez ofiar, co prawda w większości po stronie oddziałów strażniczych ale zawsze. Strangelov, taki koleś muskularny i wąsaty, nie wiadomo skąd się wziął, ważne było jedno. Pomógł i to bardzo. Bez niego ta akcja pewnie nie miałaby sensu.
Gdy wszystko się już uspokoiło, sprawa trochę ucichła, Devante na nowo skrzyknął oddział i wyruszył w bój. Nie miał już kasy, więc – zostanie wolnym strzelcem wydawało się aż nazbyt zachęcające. I do czego doszło? Jadę przez jakąś dzicz, z ludźmi poznanymi ot tak, przypadkiem. Wiatr wieje, zimno mrozi do szpiku kości.
„Kurwa” to słowo wydawało się podsumowywać każdy jego wybór…

- Daleko jeszcze? – rzucił do aktualnego przewodnika byle tylko zagaić rozmowę. Nie żeby nie zależało mu na nowych kontaktach, ale po prostu nie był typem społecznika. Zatarł z zimna ręce i nabrał powietrza co zmroziło mu płuca. „Jeśli zaraz się nie zatrzymamy w jakiejś ciepłej karczmie to normalnie wezmę i …” stracił wszelkie argumenty. Przeklął jeszcze pod nosem i czekając na odpowiedź swych towarzyszy brnął dalej przez nieprzyjazny śnieg.
 
 
 
Khadgar 
Kontynułuj


Wiek: 22
Dołączył: 22 Sty 2006
Skąd: stąd
Wysłany: 2006-11-10, 10:01   

Carles Ramos

W Saldzie nie było takich zim. Nigdy. Carles bawił w Kadarze już trzeci rok, więc wiedział, czego można się spodziewać po tutejszej pogodzie. Mniej więcej. Poprzednie mrozy spędzał w może nie przytulnych, ale przynajmniej w miarę ciepłych, karczmach Regecs. Świadomość, że taka pogoda jest dla tych stron normalna, nie ułatwiała mu jednak zaakceptowania sytuacji, w której śnieg miał wszędzie. Zimne drobinki topiły się pod zbroją, białe płatki zatrzymywały mu się na brwiach, nawet w gaciach miał pełno śniegu!
~Pierdolę taką zabawę.~- ta głęboka myśl przyszła mu do głowy, gdy spoglądał po swoich przyszywanych kamrtach. Wyglądali co najmniej 'interesująco'. Carles przypuszczał, że wiejskie dziewki same zaczęły by się gwałcić na widok takiej kompanii. Tak na wszelki wypadek.

- Cholera, do rzyci z taką pogodą. –trafnie zreflektował się jeden z jeźdźców, chuj go wie jak ma na imię, coś na "N" chyba.
-Zimno jak skurwysyn, ale przynajmniej nie wieje. Jeszcze.-
Carles wolał nie wyobrażać sobie zmiany warunków atmosferycznych na gorsze. Było tak zimno, że lekki podmuch wiatru prawdopodobnie urwałby mu łeb. Można by choćby kogoś zarżnąć po drodze, byle tylko się rozgrzać. Żołnierz potrząsnął piersiówką. Pusta.
~Jak potrzeba się napić, to jak zwykle, kurwa, wycyckana do cna.~

Saldyjczyk prezentował, niespodzianka!, typowo saldyjski typ urody. Ciemno-brązowe włosy do ramion, surowa, smagana wiatrem, góralska twarz, z obowiązkowym, bujnym zarostem i śniada cera. Gdyby nie ten mróz i szczelny ubiór, z pewnością dałoby się zauważyć blizny pokryające tu i ówdzie twarz, ramiona i tors Ramosa. Carles nie wyróżniał się wzrostem spośród orszaku. Nie był ani wielkoludem, ani liliputem. Nadrabiał za to budową. Lata wojaczki sprawiły, że na bary mógłby wziąć chyba nawet niedźwiedzia. Zresztą - sam rzut oka na jego kuszę, podstawowy element ekwipunku Carlesa, pozwalał się zorientować, że by naciągnąć kołowrót takiego bydlaka, trzeba nie lada krzepy. Dużymi dłońmi, zgrubiałymi od lat wojennego rzemiosła, góral mógłby chyba gasić świeczki.

Kusznik przyodziany był w godziwie wyglądającą czarną skórznię, z gdzieniegdzie dodanymi, metalowymi wykończeniami. Kołnierz i rękawy przyozdabiały kawałki wilczej skóry. Pod spodem, jego ciało chroniła kolcza koszulka, z karku zwisał także kolczy kaptur. Nie miał hełmu - ino tradycyjny, saldysjki biret. U pasa przyczepiony był paskudnie karbowany krótki miecz, który, mimo nienaganengo połysku, sprawiał wrażenie 'wiele razy użytego' Całości wyposażenia dopełniał ręczny puklerz, obecnie spoczywający w jukach, razem z pokaźną ilością bełtów.

Nie był wolnym strzelcem od kiedy opuścił Saldę. A i tam, rzadko zdarzało mu się działać na własny rachunek. Na szczęście - na dobrych fachowców od wyrzynyki zawsze jest popyt i Carles dobrze o tym wiedział. Imał się już w życiu różnych fuch. Tłumił saldańskie powstanie, służąc pod Isenhartem, ochraniał kopalnie złota...
To były czasy. Nic tylko wojaczka i dupczenia, wojaczka i dupczenie... A teraz? Już służba w kadarskiej piechocie nie była taka wesoła, co dopiero tułaczka po tutejszych gościńcach.
- Daleko jeszcze? – wyrwało Carlesa z rozmyślań. Kurwa. Kiedyś nie było potrzeby niepotrzebnie zaprzątać sobie łeb pierdołami. A gdzie oni w ogóle jechali? A, tak... Festiwal.
~Regecs, nadchodzę. Znowu. I tym razem mam zamiar skorzystać z 'miejskiego życia'.~
Ostatnio zmieniony przez Khadgar 2006-11-10, 18:06, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
 
Gantolandon 
Gracz


Wiek: 29
Dołączył: 21 Sty 2006
Wysłany: 2006-11-10, 11:23   

Gryn Dwunosy

Olbrzymi mężczyzna wydawał się być nieczuły na okropną pogodę. Bynajmniej nie znaczyło to, że zimno mu nie dokuczało. Godne znoszenie nieprzyjaznych warunków było jednak czymś, czego nauczył się w swoim dawnym plemieniu. Wygnano go stamtąd, ale nie zatracił swojej odporności na ból, którą tak się szczycili koczownicy z pogranicza. Dlatego właśnie jechał z miną pełną pogardy, okazując lekceważenie złej pogodzie i rzucając wyzwanie złym duchom, które mogły ją sprowadzić.
Prócz tego, że był wielki jak wół, wyróżniał się szpetotą. Z pewnością sporo walczył w przeszłości, na co wskazywała liczba blizn. Nos był przecięty pionowo na pół przez czyjś cios, co z pewnością pięknie nie wyglądało. Oprócz tego jego twarz zdobiło kilka niewielkich szram, a szczęka była krzywo zrośnięta po jakimś złamaniu. Reszta ciała również była pokiereszowana - w lewej dłoni brakowało mu trzech palców. Stalowy kirys chronił większość jego klatki piersiowej, więc trudno było stwierdzić, czy wygląda ona podobnie.
Z irytacją jeszcze raz usiłował wepchnąć długie, jasne włosy jak najbardziej pod hełm. Wiatr rozwiewał mu je i wciskał do oczu. Gdy uporał już się z zadaniem, usiłował napić się gorzałki. Na nieszczęście przez ostatnią godzinę żłopał ją jak wodę, więc nie dziwota, że nic już z niej nie zostało. Olbrzym skrzywił się paskudnie. W ostatniej chwili powstrzymał się przed zgnieceniem manierki w dłoni. Jeszcze się przyda. Być może.
- Daleko jeszcze? - któryś z napotkanych po drodze wojaków zadał to najważniejsze pytanie.
Gryn nie odezwał się, ale nadstawił uszu. Też był ciekaw...
 
 
 
burżuj 


Wiek: 26
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: z piekła rodem
Wysłany: 2006-11-10, 12:48   

Eryk Salazar

Pogoda bynajmniej nie zachęcała do spacerów, a oni mieli jeszcze wiele kilometrów do przebycia. Dzisiejszą noc spędzą zapewne znowu w pobliżu traktu, pałaszując ten sam syf, co zwykle i gadając o tych samych głupotach co zawsze. Eryk aż ziewnął. Nie znał zbyt dobrze kompanii, a taki mróz nie sprzyja konwersacji. Jedynie Nicolas, co i rusz pytał czy daleko jeszcze. Powoli zaczynało to irytować Salazara. Ehhh, odkąd przybrał to nazwisko, czuł się paskudnie nie swojo. Jakby wszedł w czyjąś skórę. Jakaś część w Eryku (bardzo mała) mówiła mu, że nie tak się powinno załatwiać te sprawy, że to całe ukrywanie się jest nie honorowe i niegodne van der Vertów. Splunął na gościniec. Jeszcze 3-4 lata temu, może by go to obchodziło, teraz jednak było inaczej. Był najemnikiem. Eryk ponownie splunął (miał dziwne wrażenie, że ślina w locie zamarzła) i naciągnął kapelusz mocniej na głowę. Mężczyzna nie do końca pasował do reszty. Gdyby ogolił się, umył i przebrał mógłby z powodzeniem brylować na salonach wszystkich większych miast. Reszcie nawet te zabiegi raczej by nie pomogły. Rapier zwisający z pasa, również musiał wprawiać w zastanowienie jego towarzyszy, uzbrojonych w olbrzymie topory i kusze. Popatrzył teraz na nich, widać było, że większość z nich nie jest przyzwyczajona do takiej pogody. Eryk był. Raz spędził całą zimę z podjazdem gdzieś w górach Eisenach, więc nie było mu straszna nawet droga do Regecs. Przestrzegano go przed wyruszaniem teraz, ale pragnienie zobaczenie większego miasta zwyciężyło. Czuł, że będzie mógł tam znaleźć odpoczynek i wytchnienie od służby, którą niedawno zakończył.
~Jak to się nazywało? A, tak..wakacje…~
 
 
 
Christoff 
Wąpierz


Wiek: 30
Dołączył: 20 Sty 2006
Skąd: Opole
Wysłany: 2006-11-10, 20:29   

Strangelov

Mężczyzna kichnął, zacharczał i splunął potężnie. - Wciurności - mruknął pod nosem, ocierając zasmarkane, zwisające spod niego potężne wąsy. Złapał ten paskudny katar miesiąc temu i wciąż ani gorzałka ani rozmaite specyfiki proponowane przez wioskowych cyrulików nie mogły go uleczyć. "Prastary eliksir, na który przepis otrzymał mój dziad od elfiego wróża, dobry panie. Jedyne trzydzieści sztuk srebra", mamrotał ostatni, bezzębny zaśliniony dziad. Mężczyzna obiecał sobie, że kolejnemu połamie kulasy. Poprawił opiętą wokół szyi ćwiekowaną obrożę. Ten element stroju, obok skórzanej kamizeli nieokreślonego koloru, wyposażonej w liczne frędzle i ozdoby, wyróżniał go na tle pozostałych. Nie znał ich zbyt dobrze, oprócz zakapturzonego brodacza. Tego pamiętał znakomicie. Jego i innych, wtedy, podczas jatki w więzieniu. Patrzyli na niego wtedy jak na zjawę. Wpadł do ich kryjówki niespodzianie, jak burza poprowadził na więzienie i w kierunku poszukiwanej celi, jednym ciosem topora wyłamał kraty, zwymiotował, po czym równie sprawnie przeprowadził odwrót. Było to właściwie miłe wspomnienie. Ale poprzedzało je inne, z innym bohaterem i mniej miłe.

***

- De-vante, Strangelov, A-artur Deva-ante, p-pamiętasz go przecież? Co tak na mię pa-pa-patrzasz, nie pijanyś j-jeszcze dostatecznie mocno, nie udawaj.... Druh nam-am byłeś kiedymy b-bili się o ten spła-spłachetek ziemi, wojak jako się patrzy-patrzy. A-a-a teraz co? Skończyłeś żeś jako pieprzony alfons. Co te t-twoje oczyska szczerzysz, p-prawdę rzekę przeca, nieza-aprzeczalną. Tłuszczem obrosłeś, rozpuściły cię luuuksusy. Śmiem rzec, zniewieściałeś pośród tych twoich ku-kurew. Z-zapomniałeś o starych towarzyszach, obojętne ci pewnie że Devantego końmi włóczyć be-będą.

Masz, pijże jeszcze.

Toż mówię, daj spo-spokój, zabijesz się tylko, nie dla cię już wojaczka. S-siedź w swoim bu-burdelu i pilnuj interesu, nie p-przejmuj się, nie nadasz się już.

Z-zdrowie.

Że co, mógłbyś tam p-pójść zaraz i uwolnić go? Samojeden? To sa-sa-samobójstwo Strangelov, i głupota kompletna, n-napijmy się, kompletna głupota.

Widzisz, s-składa się tak, że-że jeśli chcesz pomóc, to możesz, właściwie grupa przeze mię zebrana cze-eka już. Czeka tylko na cie-ciebie. Ale jesteś p-pewny? Ryzykować to co m-masz dla spisku? Zdrowie. W-właściwie mam tu twój to-topór przypadkiem, znajdziesz ich w ka-kamienicy Rajmunda, pokój na piętrze.

No t-to strzemiennego.


***

Ależ dał się wtedy idiotycznie podpuścić. Wódka zrobiła swoje. Nie żałował tego jednak, żałował jedynie że później nie zdążył temu skurwysynowi rozwalić pyska. Choć może należało mu podziękować. Akcja w więzieniu była czymś wielkim, porównywalnym tylko z jednym, późniejszym wyczynem. Nie to, żeby szczególnie zależało mu na Devantem. Jąkający się skurwysyn podpuszczał go, ale miał rację. Obrósł wtedy tłuszczem i potrzebował jakiejś zmiany. Udało się to wprost doskonale.

Mężczyzna charknął i splunął ponownie. Przekrwionymi oczyma powiódł po kompanach. Ciekawe co sobą prezentują. Ten z rozwalonym nosem wydawał się interesujący. Możliwe, że bratnia dusza. Okaże się już niedługo. Mężczyzna smagnął konia skórzanym pejczem i podjechał na czoło pochodu. Spieszno mu było zakończyć tę poróż. Miasto jego młodości po tylu latach oczekiwało powrotu syna marnotrawnego.
_________________
Respect my authority
 
 
 
malahaj 
Zgniły


Wiek: 32
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: Katowice
Wysłany: 2006-11-11, 00:07   

Mads Mikkelsen

- Dzień drogi. -

Mads nawet nie odwrócił się żeby spojrzeć, do którego z jego nowych kompanów aktualnie mówi. Przez te kilka dni wspólnej podróży zdążyli się już przyzwyczaić, że nie należał do szczególnie rozmownych. Zdarzało się, że potrafił całymi godzinami nie odezwać się, jeśli nie zdarzyło się nic, o czym warto było gadać.

~~ Dzień drogi. Jeszcze tylko dzień i znowu... Ile to już minęło? I co ważniejsze, czy to, aby nie za mało? ~~ Zbrojny machinalnie poprawił przewieszony przez ramę łuk i semitar, którego rękojeść wystawał mu sponad ramienia. Ci na granicy już go nie pamiętali. Musiał im to i owo przypomnieć. Ciekawe czy inny też już zdążyli tutaj o nim zapomnieć? On nie zapomniał. Przez cały ten czas... ~~ Jak to mawiają? Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej? Cóż... czas pokaże... ~~

Tutejsza zimie zdawała się wcale nie przeszkadzać Mikkelsenowi. Jak dla niego ta konkretna nie wyróżniała się niczym szczególnym od tych wszystkich, które były już za nim. W skupieniu obserwował szlak przed sobą sprawiając wrażenie jakby nie specjalnie zwracał uwagę na towarzyszących mu zbrojnych. W sumie to niewiele zmieni się od czasu, kiedy ostatni raz nim jechał. Tyle, że wtedy miał na sobie mundur. I wtedy nie prowadził jakieś najemniczej zbieraniny tylko odział Kadarskiej armii. Tym niemniej tak samo jak wtedy skupiał się na tym, aby poprowadzonych prze niego ludzi nic nie zaskoczyło. Nie żeby uważał, ze coś im może tu zagrażać i nie żeby szczególnie obchodziło go życie tych ludzi, jeśli jednak by zagrażało. Ot, przyzwyczajenie zawodowe.
 
 
 
Jier 
Real McCoy


Wiek: 103
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: Boulevard of Fools
Wysłany: 2006-11-11, 16:14   

Grupa jechała w milczeniu, trzymając się dość blisko Mikkelsena. Rozkojarzeni uciążliwą pogodą, opatuleni w futra z czapami nisko nasuniętymi na czoło i nie zwracający uwagi na trakt, niemal wpadli na jego konia. Przewodnik osadził wierzchowca w miejscu i podniósł dłoń. Coś się działo. Padający śnieg utrudniał orientację, ale czuli to równie dobrze, co Mads. Początkowo słychać było tylko szuranie i stękanie, ale wtem rozległ się dźwięk, którego nie sposób z czymkolwiek pomylić. Uderzenie stali o stal.

I wrzask. Potworny wizg, jeżący włosy na karku, taki jaki wydaje się stojąc vis-a-vis śmierci. Mikkelsen spiął konia i pokłusował traktem, do widniejącego w odległości niecałych stu jardów rozwidlenia dróg. Niewiele myśląc reszta poszła w jego ślady. W siodle sprawdzali czy klingi dobrze wychodzą z jaszczurów.
Był to jeden z takich momentów, gdy instynkt samozachowawczy i troska o własną dupę nakazuje wzruszyć ramionami i pojechać dalej. Jednak w takich sytuacjach człowiek najczęściej kieruje się intuicją, podejmuje działanie pomimo tego wszystkiego i niezgodnie z logiką.
I przeważnie wychodzi z tego straszny pasztet.

Stało się. Grupa najemników, którzy, sądząc po ich minach, powinni być w zupełnie innej części świata stała na zakręcie, patrząc na karocę wokół której toczył się zażarty bój. Bój nosił wszelkie znamiona rzezi, bowiem na zakrwawionym śniegu leżało kilkanaście ciał, bardziej lub mniej pokiereszowanych, a większość żyjących starało się dostać do powozu, zaciekle bronionego przez dwóch wielkich żołnierzy, otoczonych przez parunastu lekkozbrojnych jeźdźców. Gdy jeden z nich wystrzelił z pistoletu w okno powozu, rozległ się niewieści krzyk. Strzelec zaśmiał się chrapliwie, unosząc dymiącą broń w triumfalnym geście. Śmiech raptownie się urwał, gdy zobaczył szóstkę zbrojnych stojących na przecięciu się dróg. Gwizdnął ściągając uwagę towarzyszy i wskazał na podróżników.


Mads Mikkelsen:
Ten brodaty, z pistoletem... Mikkelsen znał tę paskudną gębę. Choć odległość była znaczna, wiedział że się nie myli. To był jeden z ludzi Kellerów, ten, który ścigał go do granicy ze Slavią. Skurwysyn. Gdy w zasadzce zginął Henrik Keller, jego rodzina obwiniała za to Mikkelsena. Musiał pryskać, ale dopadli jego kumpla z oddziału.
Usłyszał za swoimi plecami znaczące chrząknięcie, nieważne czyje.


Wszyscy doskonale wiedzieli co się zaraz stanie. I szóstka patrząca na obficie skropiony krwią śnieg, i towarzysze brodacza, na którego twarzy pojawił się paskudny grymas, gdy ważył w ręku lekki toporek...
_________________
don't worry man, someday I'ma be nobody too
 
 
 
Gantolandon 
Gracz


Wiek: 29
Dołączył: 21 Sty 2006
Wysłany: 2006-11-11, 17:59   

Gryn Dwunosy

Zeskoczył z konia. Pewniej się czuł na własnych nogach, niż na tym ruchliwym zwierzęciu. Jego wzrok skupił się na brodaczu z dymiącą, metalową różdżką. Kiedy pierwszy raz ujrzał coś takiego, nieźle się przeraził. Teraz jednak wiedział już, że po jednym wystrzale "pistolet" tracił moc na jakiś czas. Należało przy nim nieco pomajstrować, a wtedy niczym łuk lub kusza, gotów był do kolejnego wystrzału. Zanim tamten zdąży to zrobić, już będzie martwy.
Uniósł topór w górę i wydał z siebie głośny wrzask. Płuca miał jak miechy kowalskie, więc z całą pewnością był słyszalny dość daleko. Rzucił się do przodu, jednak zboczył nieco na prawo - tak, by pomiędzy nim a człowiekiem przygotowującym się do rzutu znalazł się któryś z jeźdźców. W ułamku sekundy upatrzył sobie ofiarę - jeden z kawalerzystów najwyraźniej zaplątał sobie nogę w strzemię. Kiedy Gryn do niego dobiegał, mężczyzna właśnie zdążył wydostać nogę i wystawić miecz w daremnej próbie osłony.
Potężne ostrze topora strzaskało broń na kawałki, nieco tylko wytracając impet. Odłamki metalu poleciały prosto w twarz żołnierza. Nie było dane jednak nikomu jednak ocenić, czy zdążyły one uszkodzić wroga, czy nie. Wielki, ostry kawał metalu roztrzaskał czaszkę na kawałki i rozciął tułów niemal do krocza. Koń zdążył jedynie kwiknąć i upaść na ziemię, kiedy siła ciosu roztrzaskała mu kręgosłup. Krew, kawałki mózgu i strzaskanych kości trysnęły wokół.
Gdy mężczyzna usiłował wyciągnąć topór z martwego ciała, zaatakowało go dwóch następnych zbójców. Jeden cios odbił się od kirysu, drugi Gryn zdołał sparować, wystawiając stylisko swojej broni. W chwilę potem, gdy jeden z przeciwników wykonywał kolejny zamach, broń już uderzała ponownie. Tym razem oberwał koń. Zwierzę straciło spory kawał pyska, na co olbrzym nie zwrócił już uwagi. W zasadzie już niewiele myślał. Teraz skupiał się jedynie na cięciu i rąbaniu.
 
 
 
Khadgar 
Kontynułuj


Wiek: 22
Dołączył: 22 Sty 2006
Skąd: stąd
Wysłany: 2006-11-16, 19:52   

Carles Ramos
Gdy orszak zbliżał się do miejsca zaciekłej walki, Carles spiął konia i niemal w biegu zeskoczył na miękki śnieg. Nie zastanawiał się nad tym, z kim naprawdę przyjdzie im walczyć. Jeden ze skurwieli miał pistolet, co świadczyło o tym, że przeciwnicy nie są byle koniuchami. Nie było jednak czasu na rozmyślania. ~Najpierw strzelamy, potem pytamy...~ Saldyjczyk szybkim ruchem ramienia sięgnął do juków, po wór z bełtami, a drugą ręką na pamięć zdjął z pleców potężną kuszę. A było to narzędzie nie byle jakiej roboty. Samo stalowe łuczysko i daszek nad łożem wzbudzały respekt, nie mówiąc już o uchwycie z wybornego kawała orzecha i sporym lewarze, którego przeciętny chłopina nawet by nie ruszył. Carles zawsze powtarzał, że oręż strzelca musi być pewny i "szyty na miarę". Świadomość, że bełt nie wypali w brzuch była nie do przecenienia.


Podczas gdy Dwunosy już przymierzał się do robienia toporem (obwieszczał to potężnym wrzaskiem), Carles mechanicznie umieścił na łożu bełt i płynnym ruchem zakręcił kołowrotem. Miał to opanowane do perfekcji. Zanim na jakiegoś nieszczęśnika spadło pierwsze uderzenie Gryna, Saldyjczyk przykucnął na jedno kolano i przyłożył oręż do ramienia. Nie poczuł nawet dreszczyka emocji - ot kolejny dzień w robocie, tyle, że akurat po urlopie. Uśmiechnął się pod nosem. Jeszcze nie tak dawno, na służbie w kadarskiej armii, kamraci nazywali go "Grad". Zwykł wypuszczać z kuszy ładnych kilka bełtów naraz, niosąc śmierć na nieświadome wrogie szeregi. Teraz jednak, używał tylko jednego, stożkowatego pocisku. Kilku jeźdźców już pędziło ku bandzie najemników. Ramos spowolnił oddech i napiął mięśnie. Nigdy nie pozwalał sobie na drżenie ramion, a teraz nie miał zamiaru zmieniać przyzwyczajeń. Był profesjonalistą. Oddalił od siebie krzyki i wrzaski zarzynanych i walczących koło powozu. Słyszał tylko ciche "klik", wydawane przez rogowy orzech kuszy, bardziej złowrogie niż nawet krzyk Gryna. Bełt z furkotem pomknął ku wznoszącemu broń jeźdźcowi. Siła uderzenia zdmuchnęła go z konia jak szmatę, żołdak malowniczo zatoczył się do tyłu. Nie wiedział czy zabił, ale pocisk przeszedł na wylot pod ramieniem, niosąc za sobą smugę posoki. Jednym słowem - strzał dobrze rokował. Na kolejny cel, góral obrał kanoniera, dzierżącego pistolet. Z odległości nie widział twarzy, ale huk wystrzału dobitnie sugerował, gdzie należy celować. Ze wzgledu na broń palną, Carles założył, że to pewnikiem dowódca. Zatem - wysokiego rangą postanowił nagrodzić specjalnym, ząbkowanym pociskiem, który żywcem szarpał ludzkie członki. Delikatny ruch ramieniem i... Bam. Pofrunął ku celowi. Niestety, jakiś skurwysyn zasłonił Saldyjczykowi widok, tak, że nie zobaczył jakie szkody poczynił swoim strzałem. Zdążył ich oddać jeszcze parę, zanim towarzysze w pełni zaangażowali się w bój. Ryzyko zranienia kompana stało się wtedy zbyt duże. Nie żeby specjalnie za nimi wszystkimi przepadał, ale co 12 rąk do rąbania to nie dwie. Dlatego kusznik nałożył broń z powrotem na plecy i z powrotem dosiadł klaczy. W biegu zacieśnił uchwyt puklerza, dobył krótkiego miecza i schwycił go na odlew. Na polu walki, wykonał kilka cięć na odlew. Dopiero teraz poczuł jak wzbiera w nim znajome podniecenie. Wyjął nogi ze strzemion i z wrzaskiem rzucił się na najbliższego wojowniczynę.
 
 
 
Christoff 
Wąpierz


Wiek: 30
Dołączył: 20 Sty 2006
Skąd: Opole
Wysłany: 2006-11-16, 22:44   

Strangelov

- - Wciurności - mruknął mężczyzna, widząc obleganą przez żołdaków karetę. Źli bandyci i broniona przez nieliczne wierne sługi dziewica. Parę razy brał udział w takiej zabawie, a po jej zakończeniu panna nie pozostawała raczej dziewicą. Zwykle wychodziła jednak żywa, mężczyzna nie przepadał bowiem za mordowaniem bezbronnych. Pochędożyć trochu, to co innego.
Tym razem jednak los przypisał im najpewniej rolę obrońców niewinnych. Napastnicy nie wyglądali na chętnych do dzielenia się łupem. Ich wstrętne zarośnięte mordy zwróciły się w kierunku grupy. Mężczyzna widział jak niuchają, zaniepokojeni. Dwunosy kompan nie zawiódł oczekiwań, rzucając się do wściekłego ataku. Prawdziwy rezun, bez wątpienia. Strangelov zeskoczył z siodła i ruszył w ślad za rąbiącym Grynem. Podobnie jak tamten, wyszarpnął zza pasa topór, na lewe przedramię nakładając jednocześnie niewielki puklerz. Charknął porządnie i splunął na pierwszego z przeciwników, po czym poprawił toporem. Trafiony w udo jeździec wrzasnął cienko, po czym zsunął się z siodła. Mężczyzna kopnął go w potylicę, rozwalając czaszkę, po czym ruszył dalej. Zamierzyło się na niego jednocześnie dwóch jeźdźców, z prawej i lewej strony. Mężczyzna dał nura i przetoczył się pod brzuchem konia tego z lewej, wbijając jednocześnie ostrze w pachwinę zwierzęcia. Koń stanął dęba, zrzucając jeźdźca. Kwicząc z bólu, pobiegł w tłum, siejąc zamęt wśród innych żołdaków. Tymczasem śnieg z wolna nasiąkał krwią.
Strangelov czuł się świetnie. Podróż go zmęczyła, zmarzły mu kulasy i nos. Teraz rozgrzewał się powoli. Rąbiąc przed siebie, stopniowo zbliżał się do karety. W środku czekała jego nagroda. Nie inaczej.
_________________
Respect my authority
 
 
 
burżuj 


Wiek: 26
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: z piekła rodem
Wysłany: 2006-11-17, 00:23   

Eryk Salazar

~Oh, szlag by to~ pomyślał Eryk i bez słowa błyskawicznie wystrzelił ze swej pistoletowej kuszy w najbliższego draba. Szczęknęło gdy mechanizm uwolnił pocisk. Jeździec spiął konia ostrogami i nawet nie patrzył czy trafił. Nie musiał. Głośne charczenie mówiło doskonale w co trafił. Nie zwalniając konia, prowadząc go tylko kolanami, napiął kuszę po raz drugi. W tym samym momencie drogę zastąpiło mu dwóch strzelców. Podrzucili jednocześnie kuszę do barków. Eryk zareagował odruchowo. Bełty trafiły w pustkę, którą jeszcze przed chwilą zajmował Eryk. Zdezorientowani kusznicy patrzyli się z niedowierzaniem na brodacza który właśnie umknął ich pociskom poczym wylądował w śniegu. Po raz kolejny szczęknęło.
- AAAA! KURWA! MOJE OKO! – pocisk Eryka trafił jednego z nich prosto w oko. Biedak klęczał teraz w śniegu z twarzą ukrytą w zakrwawionych dłoniach, spomiędzy których wystawał bełt. Drugi ze strzelców zaczął gorączkowo napinać kuszę. Można sobie wyobrazić co musiał czuć. Jakieś 7 może 10 metrów od niego brodacz w kapeluszu właśnie, spokojnie chował swoją kuszę i wyciągał długie ostrze. ~Ależ paskudny rapier~ Zapewne tak by pomyślał ów nieszczęśnik, gdyby miał na to czas, brodacz zaczął się zbliżać w jego kierunku z twarzą wykrzywioną w paskudnym uśmiechu. Zgrabiałe od mrozu ręce gorączkowo próbowały napiąć kuszę…jeszcze tylko kilka metrów. Tamtemu wcale się nie śpieszyło. ~Kurwa~ Bełt wyśliznął się z rąk kusznika i upadł gdzieś w śnieg. Jeszcze tylko 3 metry. Drabowi zrobiło się cieplej w spodniach. Odrzucił kuszę i próbował wyciągnąć swój krótki miecz. Za wolno. Eryk doskoczył do niego i wbił w jego kałdun ostrze. Posoka trysnęła na śnieg. Arghhh – zacharczał cicho i splunął krwią. Eryk wbił rapier jeszcze głębiej, teraz kusznik wydał już tylko ledwo słyszalne tchnienie i zsunął się z ostrza. Salazar podniósł rondo kapelusza, rozejrzał się po polu bitwy i ruszył z zakrwawionym rapierem w kierunku karety.
 
 
 
malahaj 
Zgniły


Wiek: 32
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: Katowice
Wysłany: 2006-11-17, 02:11   

Mads Mikkelsen

~~ No proszę, a jednak będzie dzisiaj jakaś rozrywka... ~~ Mads od razu i bezbłędnie rozpoznał dochodzące z daleka odgłosy. Umiejętność usłyszenia wroga zanim on usłyszy Ciebie była kluczowa w jego zawodzie. Krótka chwila, przez którą wstrzymywał pochód pozostałych potrzebna była mu li tylko na decyzje czy jechać w stronę znajomych odgłosów, czy może w dokładnie przeciwną. Umiejętność podejmowania tego typu decyzji również była kluczowa w jego zawodzie. Spinając konia i jednoczenie zdejmując łuk z ramienia Mads po raz koleiny pożałował, że nie udało mu się jej należycie opanować.

~~ No proszę, kolejny stary znajomy... ~~ Mikkelsen, mimo najszczerszych chęci nie potrafił przypomnieć sobie nazwiska brodacza z pistoletem. Szkoda. Znów nie będzie wiedział, co wypisać na nagrobku. Wypadając zza zakrętu zbrojny miał już łuk gotowy do strzału. Teraz tylko wycelował spokojnie w będącego najbliżej skraju drogi jeźdźca i wypościł strzale. Dał swoim kompanom czas na zejście z koni, okrzyki, podrygi i całą tą malownicza resztę, sam spokojnie czekając aż wysuną się na pierwszą linie. Dopiero wtedy znów spiął wierzchowca a kolejna strzała pomknęła ku swojemu celowi już w pełnym galopie.

Zręcznie pokierował koniem za plecami walczących, starając się objechać skrajem drogi walczącą grupę i dostać się do pozostającego w tyle brodacza z pistoletem. Nie miał zamiaru tracić czasu na jego żołdaków, nimi niech zajmą się inni. Po to właśnie pościł ich przodem. Jemu zależało tylko na posłańcu. Bo skoro już jest w domu i tak gorąco go tu witają, to wypadałoby posłać pozdrowienia dla jeśniewielmożnego panicza Henryka. Ten tam z pewnością go pozna wśród piekielnych otchłani, wiec nadawał się znakomicie.

~~ Tylko żeby mi żaden skurwysyn nie przeszk... No rzesz kurwa! ~~ Jeden żołnierzy niestety nie zrozumiał intencji Mikkelsenena i zajechał mu drogę. Najwyraźniej nieświadom swej głupoty, postanowił mu przeszkodzić w jego zamierzeniach wysłania kurtuazyjnej wiadomość do mości Kellera. Na szczęście po chwil rozum mu wrócił i tego zaniechał. Mads nie znał tego człowieka i nie chciał go nawet obrażać sugestią, że to nie powrót pomyślunku a jego sztylet sterczący mu z oczodołu go od tego odwiódł. Gdzieżby znowu. Kultura, musi być...

Były już oficer Kadarskiej armii przeskoczył nad jakimś rannym wierzchowcem, płynnym ruchem semitara zbił wymierzony na oślep cios innego wojaka i minąwszy go w pełnym galopie skierował się na brodacza. Zakrzywione ostrze na dowidzenia uderzyło płazem w zad mijanego właśnie konia. Tak, tylko dla pewności, zęby upewnić go przekonaniu, że nawet gdyby dosiadający go jeździec miał niezbyt udany pomysł zawrócenia i dalszego uprzykrzania mu życia, to w tym momencie nie był to najlepszy z jego pomysłów. Za to mógł być ostatni.

Widząc już przed sobą swój cel Mikkelsen zmusił wierzchowca do najwyższego wysiłku, samu skupiając się na toporku trzymanym przez człowieka Kellerów. A konkretnie to na tym, aby z minąć się owym toporkiem, a spotkać z jego właścicielem na długość ostrza. Najlepiej wbitego w głowę owego właściciela.
 
 
 
WitchDoctor 
Gracz
-


Wiek: 25
Dołączył: 06 Lip 2006
Wysłany: 2006-11-17, 19:06   

Nicolas Vandervallen


Szybko zeskoczył z konia i odrzucił swój płaszcz, tylko by krępował jego ruchy. Z pochew przy pasie wyszarpnął swoje ostrza. Dla krótkiego miecza najlepszym przyjacielem jest sztylet. Uśmiechnął się i rzucił do przodu na najbliższego zbója.

To aż za bardzo przypominało mu walki z bandyctwem gdy był jeszcze pod komendą generała. Prawie codziennie wdawali się w takie potyczki, często także je prowokując.
Tylko, że wtedy było ich kilkaset, a nie garstka, do tego zziębnięta i osłabiona podróżą.

Starał się przewidzieć wszelkie możliwości biegnąc w stronę bandyty.
Nie przewidział jednego. Jego mięśnie były nie rozgrzane, a zimno potęgowało ten efekt. Bandyta na szczęście miał ten sam problem, co niestety nie przeszkodziło mu w zamachnięciu się potężnym toporem. Ostrze śmignęło parę centymetrów nad głową Nicosa, który w porę rzucił się do przodu w ślizgu. Podjechał pod swego przeciwnika i wyrzucając obie dłonie w górę nadział go na swe ostrza. Doprawił jeszcze potężnym kopnięciem w krocze. „No i chuja, już nie pochędożysz”. Drugim kopnięciem w kolano zrzucił go z broni.
Reszta drużyny radziła sobie całkiem nieźle, ot najemniczy fach. Zawodowcy.
Nie zwracając już uwagi na to co się dzieje podskoczył do następnego zbójcy. Biegł zygzakiem pragnąc zmylić przeciwnika i zadać mu zabójczy cios.
 
 
 
Jier 
Real McCoy


Wiek: 103
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: Boulevard of Fools
Wysłany: 2006-11-20, 17:02   

Wszystko rozegrało się bardzo szybko. Widać było iż przeciwnicy umieli i lubili się bić, ale ich utwardzane zbroje nie mogły się oprzeć potężnym toporom Gryna i Strangelova, wspieranych przez dwóch wielkoludów broniących karocy. Mikkelsen wypuszczał strzałę za strzałą, a bełty Saldańczyka ciągnąc za sobą krwawe smugi przechodziły na wylot, przez kolczugi i przez ciała.
Gdy w ogniu walki napastnicy zrzucili ciężkie płaszcze, okazało się że noszą niemal jednakowe stroje. Zaczeli formować szyk, plecami do siebie, każdy z długim mieczem w ręku, ale zapobiegli temu Eryk z Nicolasem, wbijając się klinem między nich. Walczyli zaciekle, ale nie docenili przeszkolenia i zgrania przeciwników i prawie by zginęli. Eryk klęczał z kaftanem rozciętym na ramieniu szykując się do odbicia kolejnego ciosu obosiecznego miecza, a Nicolas krwawił obficie od postrzału w przedramię, gdy wtem między nich wpadł Gryn. Wymachując olbrzymim toporem jakby to było piórko, z dzikim okrzykiem skoczył w największą ciżbę. Zamaszyste ciosy ciągnęły za sobą krwawe warkocze barwiąc śnieg wokół na karminowo.

Parę metrów dalej walczył Strangelov, lecz jakże inaczej od ogarniętego furią Gryna. Z olbrzymim wilczurem u boku, milczący, skupiony, rozdawał ciosy na lewo i prawo. Scierał się z dwójką walczącą zakrzywionymi klingami i zdumiało go zgranie tego duetu. Nie był to popisowy styl Surat, ani też chaotyczna rąbanina raubritterów. Tak walczyli żołnierze.
Nie było jednak czasu się dziwić, szczególnie, że powoli napastnicy zyskiwali przewagę. Walczyli równo i zgranie, wzajemnie się uzupełniając. Strangelov nie tracił jednak czasu na finty i uniki. Łamiąc pierwszą zasadę wszystkich nauczycieli walki skoczył na jednego z przeciwników i uderzył znad głowy, rozcinając go od barku niemal po pachwinę. Nie przewidział tylko jednego - że ostrze może ugrzęznąć w ciele. Zdając sobie sprawę, że nie zdąży wyszarpnąć broni ze zwłok, uderzył atakującego głową w twarz. Zołnierz padł w śnieg tryskając krwią ze zmiażdżonego nosa i wybałuszył oczy, gdy ciężki but stanął na jego piersi. Próbował się wyzwolić, ale było za późno. Mógł tylko obserwować jak topór wyszarpnięty z ciała razem z kręgosłupem zatoczył łuk i opadł. Trysnęła fontanna krwi gdy ostrze z chrupnięciem wbiło się w jego czaszkę.
- Wciurności - mruknął Strangelov zapierając się nogą i usiłując wyszarpnąć broń - Znów się zaklinował.

Gdy podniósł głowę, było już po walce. Eryk i Nicolas brocząc krwią z drobnych ran ciężko dyszeli siedząc na śniegu, Carles Ramos podnosił się na nogi i otrzepywał śnieg z płaszcza, a wściekle łypiący Gryn niemal zmienił przydomek na Trójnosy, ale było już po wszystkim. Jedynie Maks Mikkelsen siedział na piersi brodacza, tego który strzelił z pistoletu w okno karocy. Zalśniła klinga i krew trysnęła strumieniem do góry. Mężczyzna zaczął orać nogami ziemię i w agonii kopać, a Kadarczyk wstał, wytarł klingę o jego płaszcz i spojrzał na najemników.
- Niezałatwione porachunki - powiedział krótko.
Eryk pokuśtykał w stronę olbrzyma, który bronił karocy, i pochylił się nad leżącym w kałuży krwi mężczyźnie. Z ust ciekła mu cienka karminowa strużka. Paskudne cięcie zakrzywionej slavskiej szabli rozchlastało mu pierś i cisnęło go pod drzwiczki powozu. Brodaty najemnik uklęknął na jednym kolanie widząc że umierający chce coś powiedzieć.
Oddech mężczyzny był płytki u urywany, gdy rzężąc starał się coś powiedzieć.
- Panie... my nie... powóz... żołnierze... zasadzka... wojna... pomóż pani
Na jego ustach pojawiła się krwawa bańka, która momentalnie pękła. Eryk podniósł się i otrzepał przyprószony śniegiem płaszcz, krzywiąc się na widok dużej plamy krwi na jego pole. Razem z Mikkelsenem i Nicolasem podszedł do drzwiczek powozu i odsłonił zasłonę.
Gwizdnął cichutko gdy ujrzał lufę pistoletu wycelowaną dokładnie między swoje oczy. Ładna młoda kobieta wyglądała na przerażoną, ale broń trzymała pewnie. Jej prosta suknia była zbryzgana krwią ze zwłok siedzących na przeciwnym siedzeniu. Strój zdradzał kobietę z wysokich sfer, ale strzał z pistoletu zmasakrował twarz, zmieniając ją nie do poznania.
Chudy starzec chwycił kobietę za rękę dzierżąca pistolet i spojrzał na was, dygocząc ze strachu.
- Pohamuj się, pani. Panowie to nie zbóje, uratowali nas z rąk tych bandytów. Nieszczęściem wybili naszą eskortę...
Kobieta załamała ręce, wypuścił pistolet i zaczęła szlochać.
Gdy podniosła głowę i otarła łzy, jej błękitne oczy patrzyły błagalnie.
- Pomóżcie, na Boga. Sowicie wam zapłacimy po dotarciu do Cahors, do stolicy Leuven. Nie możemy tu zostać. Moi wrogowie wysłali tych morderców, wyślą i następnych. Pomóżcie, panowie...
Najemnicy zgromadzeni wokół powozu spojrzeli po sobie.
Na usta cisnęło się jedno pytanie...
_________________
don't worry man, someday I'ma be nobody too
 
 
 
Khadgar 
Kontynułuj


Wiek: 22
Dołączył: 22 Sty 2006
Skąd: stąd
Wysłany: 2006-11-20, 18:43   

Carles Ramos

Saldyjczyk, jak to miał w zwyczaju, dla relaksu po bitce wyciągnął z niewielkiego woreczka liść koki i zaczął go pieczołowicie przeżuwać. Odświeżające. Miał jeszcze tytoń, ale nie wydał mu się on adekwatny do sytuacji. Pokiwał z aprobatą głową, widząć pogrom jaki zgotował wespół z kamratami tej bandzie. Tak swoją drogą - ciekawe kto to w ogóle był? Zresztą, czy to ważne? Wytarł z krwi i flaków ostrze swej broni w najbliższego trupa i rozejrzał się po pobojowisku.
~Carramba~
Nie mając nic lepszego do roboty, postanowił pozbierać swoją amunicję. A przynajmniej tą część bełtów, które nie był od góry do dołu ubabrane krwią i flakami. Carles nie lubił walczyć charytatywnie. Gdy większość grupy udała się w stronę powozu, zapewne z chęcią rabunku lub dupczenia, Saldyjczyk pochylił się nad solidnie poharatanym brodaczem, zapewne dowódcą zbójów. Bez ceregieli obszukał trupa i z uśmieszkiem podniósł jego pistolet. Obrócił go w dłoniach. ~No proszę, jednak się opłaciło~-Ramos zatknął nową zdobycz za pas.

Nie przestając żuć przedniej trawy, Saldyjczyk ruszył w końcu dupę w kierunku powozu, gdzie był świadkiem dość ciekawej sceny. Kobieta, która -zapewne w szoku- mierzyła do Eryka z pistoletu, zaczęła rozpaczliwie majaczyć coś pod nosem. Nic dziwnego. Carles pomyślał, że gdyby on miał tak rozorany ryj, postąpiłby podobnie.
- Pomóżcie, na Boga. Sowicie wam zapłacimy po dotarciu do Cahors, do stolicy Leuven. Nie możemy tu zostać. Moi wrogowie wysłali tych morderców, wyślą i następnych. Pomóżcie, panowie...
Na usta cisnęło się jedno pytanie.
-Że co, kurwa?-
Carles włączył się do rozmowy, z załadowaną uprzednio kuszą w dłoni. Był to solidny argument w każdej dyskusji.
-Niezbyt nam tam po drodze, ale zależy, co rozumiesz przez "sowicie". Ktoście wy w ogóle do czorta są, i kto na was dybie?-
Szczerze mówiąc, Ramos nie miał ochoty na eskortowanie kogolwiek. Zwłaszcza kogoś, do kogo okoliczni zbójcy(a może nie tyko oni) nie byli przychylnie nastawieni. Ale potargować się nie zaszkodziło. Na jego rozum, to można by równie dobrze wybić paseżerów tego powozu do nogi i przywłaszyczyć sobie jego zawartość jako premię po robocie. Albo lepiej - uprowadzić to szlacheckie ścierwo dla okupu. Choć to nie przysporzyłoby im raczej wielbicieli w Kadarze, a i nie wiadomo, czy trud wart byłby zachodu...
 
 
 
burżuj 


Wiek: 26
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: z piekła rodem
Wysłany: 2006-11-21, 22:28   

Eryk Salazar

[i]Fiuuuu – Eryk zagwizdał cicho i odruchowo cofnął się pół kroku. Właśnie cały świat przesłoniła mu lufa pistoletu. Pistoletu trzymanego przez zjawiskowo ładną kobietę, która wiedziała, do czego służy broń. Wystarczyło spojrzeć na to jak trzyma pistolet. Eryk spojrzał w jej oczy i w jednej chwili zrozumiał, że zdmuchnęła by go bez wahania. Przełknął nerwowo ślinę. Na szczęście w jednej chwili płomień w jej oczach zgasł a upuszczony pistolet stuknął o podłogę. Ależ tu wszystko śmierdziało.. Nie, bynajmniej nie chodziło o trupy. Kareta w środku lasu, źli zbóje, kobieta potrzebująca pomocy. ~Jasny gwint zaraz z lasu wychynie wilk i siedmiu krasnoludków~ Trafili właśnie w środek czegoś, czego wcale nie chcieli być udziałem i Salazar powoli zaczynał to rozumieć.
- Pomóżcie, na Boga. Sowicie wam zapłacimy po dotarciu do Cahors, do stolicy Leuven. Nie możemy tu zostać. Moi wrogowie wysłali tych morderców, wyślą i następnych. Pomóżcie, panowie –[/i] odezwała się kobieta.
Eryk powoli wypuścił powietrze, nad jego głową uniósł się biały obłoczek po czym zniknął. Czuł, że musi się napić. Odkręcił piersiówkę i pociągnął porządny haust. Teraz mógł myśleć. Zaczął rozważać dostępne rozwiązania. Zatrzymać kobietę i wręczyć jej prześladowcą? Ryzyko zabicia przy okazji przekazywania nakazywało raczej odrzucić ten pomysł. Nie byli w pozycji do negocjacji, zabiliby ich zanim zdążyliby powiedzieć: „chcemy pohandlować”. Zabić ją, zabrać co cenniejsze rzeczy i spierdalać? Proste, ale czegoś Erykowi brakowało w tym planie. Zrobić to czego chcę? Hehe to było to.
- Niezbyt nam tam po drodze, ale zależy, co rozumiesz przez "sowicie". Ktoście wy w ogóle do czorta są, i kto na was dybie?- powiedział jeden z jego towarzyszy. Eryk miał dziwne wrażenie, że zna odpowiedzi na te pytania.
- Czy to ma znaczenie? Czy coś by zmieniło gdybym był dajmy na to szlachcicem z Surat, a ta dama byłaby…bo ja wiem Arcyksiężną Kossuth? A ludzie którzy najwyraźniej chcieli ją zabić byliby wysłani przez..hmm… sfrustrowanych synów byłego władcy? – Eryk spojrzał jej głęboko w oczy. Przez co ta kobieta musiała przejść?
- Panowie – zwrócił się do towarzyszy – pomijając to, że chyba nie mamy innego wyjścia, chciałbym zauważyć – Eryk uśmiechnął się lekko, tak jakby coś sobie przypomniał z przeszłości – że, szansę na nasze przeżycie są bliskie zeru… ale możemy zostać bogaci – Eryk szczerze się roześmiał – mi taka zachęta wystarczy.
Eryk usiadł na pobliskim pieńku i zaczął opatrywać swoją ranę w nodze, polewając ją zawartością piersiówki i zawijając bandażami. Czekał na decyzję jaką podejmą jego towarzysze.
 
 
 
malahaj 
Zgniły


Wiek: 32
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: Katowice
Wysłany: 2006-11-22, 00:27   

Mads Mikkelsen

- I pozdrów ode mnie Heńka. -

Mikkelsen miał nadzieje, że umierający właśnie na jego oczach brodacz usłyszał ciche słowa, kiedy go zarzynał i wyświadczy mu te drobną przysługę. W końcu szkoda by było, zabijać ich wszystkich na darmo.

Rewelacje kobiety z powozu przyjął bez emocji. W końcu to nie w niego celował z pistoletu. Przez krótką chwile przyglądał się jej, mężczyźnie i wnętrzu karocy, po czym odwrócił się i ruszył po pobojowisku. Grabienie zwłok obchodziło go średnio, bardziej interesowało go to, co pozostało przy życiu. Uważnie przestępując nad trupami, omijając kałużę krwi i poodcinane kończyny, tudzież jeszcze parujące wnętrzności co poniektórych odszedł kawałek poza pobojowisko, szukając miejsca nie naznaczonego niedawną walką. Gdy w końcu je znalazł zlustrował wzrokiem całą malowniczą scenerie, licząc w myślach trupy. ~~ Nieźle, całkiem nieźle... ~~ uśmiechną się do siebie. Najemnik wyciągnął przed siebie rękę, jakby w proszącym geście i przeciągle zagwizdał w dziwaczny sposób.

Pierwsza podeszła jego szara klacz, tuż za nią konie reszty jego kompanów. Pozostałe na placu boju wierzchowce napastników podeszły zaraz potem. Idący Mikkelsen za uzdę trzymał tylko swoją klacz, reszta poszła za nią, kiedy prowadził wszystkie konie do karety. Te należące do jego kompani zostawił przy niej wolno, pozostałe przywiązał do powozu tak, aby w razie czego mogły za nim swobodnie biec. Leki uśmiech zadowolenia pojawiał się na brodatej twarzy Kadarczyka. Zrobił już pierwszy krok w stronę wnętrza karocy chcąc rozmówić się z jej pasażerami, kiedy przystaną nagle, nasłuchując czegoś z głębi lasu.

- Nie ruszaj się. -
Ciche słowa był skierowane do bandażującego właśnie ranę Eryka. Widząc nieco zdziwioną minę Salazara, z naciskiem, choć bez cienia groźby powtórzył jeszcze raz.
- Nie ruszaj się. I nie wstawaj. -

Kiedy mówił, jego spojrzenie było utkwione w drzewach, za plecami siedzącego zbrojnego. W momencie, w którym ostatnie przebrzmiało z trzaskiem łamanych gałęzi wypadł stamtąd czarny ogier i popędził w kierunku Mikkelsena. Koń w pełnym biegu przeskoczył na siedzącym na pieńku człowiekiem, o kilka zaledwie centymetrów mijając kopytami jego głowę. Zatrzymał się dopiero przed kadarczykiem, stając dęba i młócąc kopytami powietrze przed najemnikiem. Mads poznał go od razu. To ten sam, któremu przyłożył płazem miecza. Złapał za uzdę w momencie, w którym ogier znowu stał na wszystkich czterech kopytach i wypowiedział kilka cichych słów, klepiąc go po szyj. Zbyt cichych, żeby ktokolwiek mógł je usłyszeć, ale w miarę jak mówił, zwierze uspokajało się coraz bardziej, aż w końcu bez oporu pozwoliło podprowadzić się do na tył karocy i uwiązać razem z reszta wierzchowców.

Dopiero teraz kadryczyk ruszył do jej wnętrza. Na dzień dobry krytycznym spojrzeniem obrzucił zmasakrowane zwłoki, dopiero po chwili przeniósł je, równie krytyczne, na jeszcze żywych pasażerów powozu. Uznał, że to nie czas na uprzejmości, przedstawianie się i resztę tego badziewia. Czas był raczej ku temu, aby poformować ich o decyzji, która już była podjęta po pierwszych słowach kobiety.

- Mogę poprowadzić was i tych co zechcą ruszyć z wami do Cahors, ale wpierw chce wiedzieć parę rzeczy. Nie pytam, dlaczego ktoś was chce zabić, ale chce wiedzieć, kto to jest. Tak, żebym później wiedział, kogo dopisać do długiej listy życzących mi śmierci. Człowiek z brodą, ten, który do niej strzelał, kiedyś pracował dla Kellerów. Mówi wam coś to nazwisko? Kto wiedział którędy będziecie jechać i w jakiej eskorcie? Czy macie jakiekolwiek pojecie, czego jeszcze możecie się spodziewać? No i najważniejsze, ile to dokładnie według Szanownych Państwa jest „sowicie”, dlaczego tak mało i ile jesteście gotowi dołożyć za szanse przeżycia? -

Mads mów spokojnym, pozbawionym emocji głosem. Bo niby czym miał się denerwować? Ci tutaj nie mają wyboru, a jego i tak ciągle ktoś chce zabić. Jeden mniej czy więcej, co za różnica? W myślach już zastanawiał się, jaką trasę wybrać i czy gdzieś po drodze, nie mógłby się przypomnieć komuś, kto mógłby okazać się pomocny. Dając im chwile do namysłu Mikkelsen spojrzał na śmiejące się Eryka.

- Z ta nogą, daleko na końskim grzbiecie nie zajedziesz. Może powinieneś dotrzymać im towarzystwa w środku? Zwłaszcza, że - tu Mads kciukiem wskazał na zmasakrowane zwłoki - zwolniło się jedno miejsce. -
 
 
 
burżuj 


Wiek: 26
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: z piekła rodem
Wysłany: 2006-11-22, 01:55   

Eryk Salazar

- Nie ruszaj się. I nie wstawaj – Salazarowi nie trzeba było dwa razy powtarzać. Jak się kilka uderzeń serca później okazało to była dobra decyzja. ~Sukinsyn, ciekawe gdzie się tego nauczył?~ Eryk dowiązał bandaż, opuścił nogawkę spodni, wstał i z powrotem podszedł do karety.
- Z ta nogą, daleko na końskim grzbiecie nie zajedziesz. Może powinieneś dotrzymać im towarzystwa w środku? Zwłaszcza, że zwolniło się jedno miejsce. – powiedział Mads.
- Nie sądzę, żeby to było konieczne – oznajmij Eryk. Z jego nogą bywało co prawda lepiej, ale wiedział, że da radę. Mięśnie nie były tak uszkodzone jak przypuszczał, po wszystkim zostanie mu tylko kolejna blizna… Jeśli dożyję…a Eryk zamierzał zrobić wszystko, żeby tak się stało. Czasu na pieńku nie zmarnował tylko na cackanie się z sobą.
- Oto co zrobimy – zaczął brodacz – Dalszą drogę pokonamy „wszyscy” na grzbietach koni. Kareta będzie nas tylko spowalniała. Spalimy ją tutaj. Do środka włożymy dwa ciała. O na przykład to – wskazał na zbrojnego podobnego wzrostu co starzec w karecie – i to – wskazał tym razem na chucherkowatego kusznika, raczej kobiecej postury. Wybieg był dosyć prymitywny ale kto wie, może kupi im trochę czasu?
- Pani – zwrócił się do zapłakanej kobiety – sugeruję przebrać się w męskie szaty. Pod tamtym drzewem widziałem w miarę mało pokiereszowany kaftan. Zaraz pomogę w zdjęciu z hmm poprzedniego właściciela. Mads pomoże wam również wybrać odpowiednio spokojne konie, zaręczam, że zna się na tym jak mało kto. Musimy się zbierać, mamy mało czasu. - powiedział rzeczowym tonem - A i oczywiście to tylko moja propozycja, jeśli ktoś ma lepszy plan, teraz jest odpowiedni moment żeby się nim podzielić - dodał po chwili, ale jakoś niespecjalnie interesowała go odpowiedź, ruszył do przygotowań. Nie uszło jego uwadzę, że księżna pobladła na dźwięk nazwiska Kossuth. Czyli jego podejrzenia miały oparcie w rzeczywistości (ależ mieli przejebane). No cóż, czy tego chce czy nie chce bęzie musiała im zaufać, ostatecznie byli zapewne jedynymi ludźmi jakich spotkała w ostatnich kilku dniach którzy, nie chcieli jej zabić.
 
 
 
Jier 
Real McCoy


Wiek: 103
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: Boulevard of Fools
Wysłany: 2006-11-22, 02:37   

Kobieta w powozie - choć wydawało się to niemożliwe - zbladła jeszcze bardziej i przygryzła dolną wargę. Wyglądało jakby żałowała wypowiedzianych słów, widocznie zbyt pospiesznych i mało przemyślanych. Na wzmiankę o surackim szlachicu i arcyksiężnej starszy mężczyzna aż podskoczył i spojrzał na ludzi otaczających karocę.
Wyglądali na rezunów, z pewnością. Zakazane mordy, obwieszeni bronią, wydawali się niemal encyklopedycznym przykładem zakapiorów jakich pełno na gościńcach. Nie sprawiali jednak wrażenia zimnokrwistych morderców, może poza tym wąsatym, z olbrzymim psem przy nodze. Zachowywali się i mówili inaczej, zresztą na wzmiankę o pieniądziach oczy zaświeciły im niczym surackie dukaty.
Gdyby byli nasłanymi łowcami, dlaczego zabijaliby ludzi, którzy nas ścigali? Jeżeli pracują dla tej samej osoby, nie zadawaliby sobie tyle trudu. W końcu co to za różnica kto nas schwyta? A nikt inny wynająć ich nie mógł, bo nikt inny nie wiedział. Ale skąd w takim razie...
Mężczyzna gorączkowo rozmyślał, analizując fakty. Naturalnie, sytuacja była ciężka, ale na pewno istniał sposób by obrócić ją na własną korzyść. W tej chwili priorytetem jednak było przeżycie - i to widzieli nawet zgromadzeni wokół powozu, choć wyglądali na takich, co wyznają niezbyt skomplikowaną filozofię miecza.
- Mogę poprowadzić was i tych co zechcą ruszyć z wami do Cahors, ale wpierw chce wiedzieć parę rzeczy. Nie pytam, dlaczego ktoś was chce zabić, ale chce wiedzieć, kto to jest. Tak, żebym później wiedział, kogo dopisać do długiej listy życzących mi śmierci. Człowiek z brodą, ten, który do niej strzelał, kiedyś pracował dla Kellerów. Mówi wam coś to nazwisko? Kto wiedział którędy będziecie jechać i w jakiej eskorcie? Czy macie jakiekolwiek pojecie, czego jeszcze możecie się spodziewać? No i najważniejsze, ile to dokładnie według Szanownych Państwa jest „sowicie”, dlaczego tak mało i ile jesteście gotowi dołożyć za szanse przeżycia?
Mężczyzna, który to mówił, ten z łukiem, nosił się na sposób przywodzący na myśl lekką kadarską jazdę. Było w nim coś typowego dla tego rodzaju wojsk - oczy bacznie rozglądające się po okolicy, wytarte łosiowe rękawice, sposób w jaki walczył. Wszystko to starzec zarejestrował w mgnieniu oka. To byli żołnierze.
Na wzmiankę o Kellerach oczy starszego mężczyzny zabłysły. Wiedział że mają już tego człowieka. W całym zamieszaniu wokół karocy wysunął on się na pozycję nieformalnego lidera grupy i wydawało sie niemal pewnie, że reszta pójdzie za nim.
Brzęcząca sakiewka z pewnością pomoże im przekonać opornych, przemknęło mu przez myśl.
Postawił futrzany kołnierz i nachylił się w stronę okna karocy.
- Widzę więc, mości panie, że mamy wspólnych znajomych. Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem - dodał szybko widząc martwe spojrzenie Kadarczyka - Nie darzę specjalnymi względami rodziny Kellerów - z wzajemnością, jak wnioskuję po zbójach, których właśnie ubiliście. Nazywam się Maros Fiamberti, a to moja bratanica Nadia. Stary Emre Keller chciał rękę Nadii dla swego syna, a wobec odmowy najechał nasz majątek. Normalnie udalibyśmy się do Miłościwie Nam Panującej Arcyksiężnej Charlotty, ale w stolicy doszło do przewrotu i książęta ostatecznie rozpętali wojnę domową. Chcieliśmy więc dotrzeć do wuja Nadii, który jest bogatym kupcem w Cahors, ale ktoś z naszych ludzi zdradził i Kellerowie nas dopadli na szlaku. Zbóje wyrżnęli naszą eskortę i gdyby nie wasza pomoc, za którą dziękujemy wam, panowie, wpadlibyśmy w ich ręce.
Starszy mężczyzna urwał, bowiem Eryk opuścił nogawkę i lekko utykając podszedł do karocy, ale po chwili spytał:
- Sami przyznajcie - czy tydzień waszego czasu to dużo za trzydzieści koron na głowę?
_________________
don't worry man, someday I'ma be nobody too
 
 
 
malahaj 
Zgniły


Wiek: 32
Dołączył: 21 Sty 2006
Skąd: Katowice
Wysłany: 2006-11-22, 03:35   

Mads Mikkelsen

- Sami przyznajcie - czy tydzień waszego czasu to dużo za trzydzieści koron na głowę? -
Mads w odpowiedzi zmierzył mężczyznę zimnym spojrzeniem.
- Przyznajemy. A wy sami przyznajcie, że za a narażanie naszego życia w obronie waszego, przez ten tydzień, kolejne trzydzieści to też wyjątkowo korzystna oferta. -

Kadarczyk po chwili przyprowadził dla mężczyzny karego konia, a kobiecie oddał swoją klacz. Wiedział, że ona nie pozwoli spaść nawet niezbyt wprawnemu kawalerzyście. Dla siebie wziął owego czarnego ogiera, z którym miał już przyjemność zaznajomić się Eryk. Zostawił jeszcze jednego konia w charakterze luzaka, resztę puszczając wolno.
Plan Salezara był dobry. O ile ten staruch raczy wsadzić swoje szlachetne dupsko na konia. Postało tylko zdecydować, którędy pojadą.

- Mamy trzy możliwe drogi do wyboru. - zaczął swój mały wywód Mikkelsen przenosząc swoje graty na nowego wierzchowca - Najkrótsza droga do Leuven prowadzi przez Slavię. Z tym, że pogranicze Slavii z Leuven to ciągła wojna od niemal stu lat. Większe i mniejsze bandy harcowników tłuką się nawzajem na granicy niemal codziennie. Jednych i drugich przeważnie nie obchodzi koga biją, jeśli istnieje cień szansy, że są z tej drugiej strony. Slavia to nie jest najprzyjemniejsze miejsce do podróżowania, jakie znam, ale jednak trochę je znam. Mogę tamtędy poprowadzić. Druga możliwość to jechać na południe, do Al Ceverre. Tam nikt o nic nie pyta. Jeśli się sypnie złotem naturalnie. Złoto przyda się też na wynajem statku do jednego z levueńskich portów. I to całkiem sporo, bo jest zima, statek musiałby być od zaraz a i my nie wyglądamy na standardową klientele. Trzecia możliwość to jechać przez Eisenach, a później przez Zuren do Leuven. Ta trasa wydaje się być najspokojniejsza, ale jest też najdłuższa, jechalibyśmy wielkim łukiem. Chociaż w obliczu wieści o zbliżającej się wojence tu w Kadarze, nie wygląda to już tak różowo. -

Mikkelsen skończywszy oporządzać wierzchowca spojrzał po reszcie kompani, jakby miał zamiar zapytać ich o zdanie. Chociaż w zasadzie nie miał takiego zamiaru.

- Jak dla mnie jedziemy najkrótszą drogą przez Slavie. Wojna to dla nas nic nowego, a tak czy siak bić się nam i tak będzie trzeba. Co za różnica z kim? No i w Slavii mamy największe szanse zgubić pościg. - Mikkelsen przeniósł spojrzenie na Fiambertiego i Nadie. - Szanownemu Panu też radzę zmienić ubranie na bardziej pasujące to nowej kompani. Nie zapomnijcie też zabrać ze sobą broń byłych właściciel tych ciuchów. Nawet jak nie potraficie się nią posłużyć. Powinniście chociaż trochę wyglądać, na jednych z nas. -

Kadarczyk postanowił dać chwile reszcie najemników, na przemyślenie jego słów. Wykorzystał ten czas na zamianę kilku z Panem Fiambergim.

- A co do waszych problemów z synem starego Kellera - Mikkelsen mówił ściszonym głosem, tak aby tylko pasażerowie karocy mogli go usłyszeć - To nie prościej było po prostu zarznąć niedoszłego małżonka jak świnie? To działa. I rozwiązuje tego typu problemy. Wierzcie mi na słowo, wiem coś o tym. -
 
 
 
Gantolandon 
Gracz


Wiek: 29
Dołączył: 21 Sty 2006
Wysłany: 2006-11-22, 14:34   

Gryn Dwunosy

Ostatni przeciwnik padł, brocząc obficie krwią. Walka była zakończona, a triumfalny ryk obwieścił światu, że barbarzyńca znalazł się po stronie zwycięzców.
Gryn odetchnął głęboko. Teraz, gdy nie było już zagrożenia, czuł nieznaczne rany. Obejrzał je, przyzwyczajony by nie ufać swoim odczuciom. Na szczęście faktycznie nie były one wielkie, zatem wykrwawienie się mu nie groziło. Mogło być inaczej. Jeden z ciosów w walce omal nie trafił go w twarz. Tak się jednak nie stało. Po raz kolejny wyszedł z opresji zwycięsko.
Powody tego, co się stało, obchodziły go mniej. Mimo to zadał sobie trud, aby zbliżyć się do karety i posłuchać, o czym właściwie rozmawia cała reszta. Po słowach kobiety, Gryn zmarszczył czoło, usiłując zmusić się do niezwykłego wysiłku intelektualnego. W końcu jakoś udało mu się ogarnąć całą sytuację - na tyle, żeby zrozumieć, że mają okazję zarobić sporo. Mnóstwo złotych, brzęczących krążków z podobiznami władców, które dawały tyle możliwości. w krainach "cywilizowanych", jak sami o sobie mówili tutejsi mieszkańcy.
Będzie też masa okazji do sprawdzenia swojej siły. Jednym słowem, mogło być gorzej.
Decydowanie o taktyce pozostawił tym, którym chciało się gadać. I tak wiadomo było, że jak przyjdzie co do czego, i tak zadecyduje brutalna siła...
 
 
 
WitchDoctor 
Gracz
-


Wiek: 25
Dołączył: 06 Lip 2006
Wysłany: 2006-11-22, 16:32   

Nicolas Vandervallen

Ramie bolało, postrzał był niezbyt poważny ale rana i upływ krwi zrobił swoje. Stękając i mrucząc Nicolas podszedł do karocy. Nie mógł się skupić na słuchaniu tej gadaniny, rozpiął swój skórzany kaftan i przyjrzał się ranie. Na szczęście to był tylko postrzał, wyjął z juków piersiówkę i obmył ranę. Mocno zapiekło. Nicolas mało co nie krzyknął z bólu.
- Kurwa, cholera, oż… - jego wizerunek twardziela i zawadiaki właśnie został porządnie nadszarpnięty. Łotrzyk wyjął z plecaka kawałek bawełnianej szmatki i delikatnie obwiązał ramię. Prowizoryczny opatrunek tamował krwawienie, dla pewności założył jeszcze drugą szmatkę i ucisnął to lekko rzemieniem. Wykonał parę obrotów ręką, napiął mięśnie, zabolało znowu. To nie był dobry dzień.
Doprowadził się do używalności i pociągnął z piersiówki, alkohol przyjemnie rozgrzewał w ten mroźny dzień. Wziął drugiego hausta i odkaszlnął, ten alkohol był naprawdę mocny.

Przysłuchiwał się rozmowie, jednym uchem pozwalał by nowe wiadomości wlatywały, a drugim wylatywały, zostawiając śladowe ilości wiedzy. Jednak wtedy usłyszał słowo, magiczne słowo, które wyostrzyło jego umysł do granic przyzwoitości – pieniądze.
„Trzydzieści?? A to swołocz! Dwakroć tyle! Taka będzie umowa, no i jeszcze sobie z tej karocy obłupimy”, nie musiał nawet wypowiadać tych słów. Mads widocznie czytał mu w myślach.

Dalsza rozmowa zeszła na jakieś geograficzne sprawy, które spowodowały, że Nicolas znowu odpłynął.
- Komu to właściwie potrzebne, czy pojedziemy tędy czy tamtędy, nosz, paranoja. I tak piździ i tak wieje. Niezależnie od wyboru. – splunąwszy rzucił w wiatr, nie liczył, że ktoś przejmie się jego wypowiedzią, która kompletnie nic nie wnosiła do tematu, tylko wyrażała ogólne niezadowolenie z powodu przemoczonych butów.
Nicolas wzruszył ramionami i wskoczył na koń. Ściśle opatulił się płaszczem i w milczeniu czekał.
 
 
 
Khadgar 
Kontynułuj


Wiek: 22
Dołączył: 22 Sty 2006
Skąd: stąd
Wysłany: 2006-11-22, 18:39   

Calres Ramos

Saldyjczyk wypluł przeżuty do szczętu liść zioła. Zatem zmieniali cel wyprawy... Cóż, w Wilczym Legionie zdążył się do tego przyzwyczaić. Spojrzeniem wędrował od pasażerów powozu do Mikkelsena, który najwyraźniej znał te tereny tak dobrze jak dno swojej flaszki.
~Sześćdziesiąt koron nie pies... Zresztą, nie będę sam zapierdalał po tych bezdrożach~
Pogadanki Salazara, starucha i Mikkelsena zaczynały mu się naprawdę już przykrzyć. Nie prosił o wywód filozoficzny nad sensem życia powozowiczów ani o wykład na temat geneaologii jakichś tam Kallerów czy jak im tam. Carles jeszcze raz rzucił okiem na rannych.

-Wszystko ustalone? Zatem zbierajmy się do kupy. Niech Pan Gaduła-tu machnął kuszą w kierunku starucha-wskakuje w w nowe ciuszki i jadziem. W tych okolicach banda wrednych skurwysynów może czaić się za każdym krzakiem, więc nie jest to raczej odpowiedni moment na głaskanie się po jajach.

To mówiąc, podszedł do Mikkelsena, który stał się tym, który trzyma tą ferajnę w ryzach. I dobrze - skoro umie, to niech użera się z bandą zawodowych zabójców.
-Na moje, jaśnie państwo nie mówią nam wszystkiego, ale za to akurat punkt dla nich. Jam nie stąd, w dupie mam ich osobiste porachunki.-szepnął, chcąc zachować prywatność konwersacji. Po czym znów wrócił do zwyczajowego tonu.Słusznie prawisz, że wojować i tak nam przyjdzie. Ja bym wziął z sobą karocę. Nie wyróżnia się, a wygląda mi na w miarę szybką i zwrotną. W końcu do tej Salvii jest całkiem kureswko daleko, więc przyda się. Nie wiem tylko czy ci dwaj-skinął na rannych-zdołają utrzymać lejce. Mogę powozić jak trzeba, z tego maleństwa - poklepał po olbrzymiej kuszy - i tak konno zbyt skutecznie sobie nie postrzelam.

Wtedy Carles znalazł osttani, miał nadzieję - przekonujący, argument. Nieopodal wozu leżał żołdak broniący podczas walki powozu. Był nieprzytomny, ale obłoczek pary nad jego ustami świadczył o tym, że żyje. -Patrzcie, jakiś fuksiarz tu jeszcze dycha-rzekł donośnym tonem, lecz bez specjalnego entuzjazmu. -Pani, Mads, nie zostawimy przecież rannego w potrzebie, prawda?-

Tak po prawdzie, po dobrej bitce, Carlesowi wrócił zapał do wojaczki. Wracał do Regecs, bo na chwilę obecną nie miał co ze sobą zrobić. Stwierdził jednak, że powrót do bycia "wolnym strzelcem" wcale nie był taki beztroski. Szczególnie w Kadarze, gdzie można zostać ubitym na kilkanaście sposobów w dzikiej głuszy. Teraz jednak - był częścią niemal regularnego doborowego oddziałku, ba w dodatku na całkiem niezłym żołdzie(choć kwestia płący pewnie jeszcze nieraz po drodze będzie przedmiotem dyskusji)!
~To lubię~pomyślał i sam, nie czekając na odpowiedź Madsa, zabrał się za zaprzęganie koni do karocy, sprawdzenie stanu pojazdy i przygotowania do drogi.
 
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group